Dzisiaj będzie o audiobookach. Niektórzy uważają, że słuchanie audiobooków to nie czytanie, lecz czynność znacznie prymitywniejsza. Z tego punktu widzenia, wysłuchanie audiobooka danego utworu nie jest równoznaczne z przeczytaniem książki. Nawet, jeśli audiobook nie jest książką "skróconą" (abridged), ale zawiera całą treść oryginalnego utworu. Czy tak jest rzeczywiście? Ostatnio audiobooki są reklamowane jako idealny sposób na kontakt z literaturą dla ludzi zabieganych i ciągle czymś zajętych. Nagrań z audiobooka można przecież słuchać podczas wykonywania różnych czynności, np. sprzątania czy prowadzenia samochodu, czego nie można powiedzieć o książce. Książka wymaga całkowitego poświęcenia jej uwagi. I może paradoksalnie na tym polega przewaga książki nad audiobookiem. Czytając książkę, wkraczamy w świat w niej opisany, świat jej bohaterów, i jeśli książka jest dobra, podczas lektury w nim żyjemy. Trudno powiedzieć, aby to samo zdarzało się podczas słuchania audiobooka, zwłaszcza, jeśli robi się przy tym coś innego. A podczas jazdy samochodem mogłoby to być wręcz niebezpieczne!Wsłuchasz się w jakiś pasjonujący audiobook i wypadek gotowy. Ale prawdą jest, że jeśli chodzi o zapamiętywanie treści lektury, znacznie lepsza jest tradycyjna książka niż audiobook. Wtedy możemy znacznie lepiej skoncentrować się na treści, a przez to lepiej ją potem pamiętamy.
Czy audiobooki są więc do niczego? Bynajmniej! Oczywiście każdy kontakt z lekturą jest lepszy niż żaden, a zatem z tego względu należy audiobooki pochwalić. Ale ich potencjał tkwi jeszcze gdzie indziej. Są mianowicie świetną pomocą w nauce języków obcych. Oczywiście te nagrane w języku oryginalnym, np. angielskim. Ale wtedy przydatne są nie zamiast lektury, ale obok niej, a nawet jednocześnie z nią. Procedura jest taka: czytasz książkę w języku obcym, w tym samym czasie odtwarzając audiobook z treścią tej samej książki. W ten sposób jednocześnie poznajesz pisownię i wymowę słówek, nazw własnych w tekście, również zwiększa się zapamiętywanie, bo zaangażowane są dwa zmysły, a nie tylko jeden jak podczas czytania. Ja na przykład kocham brzmienie języka angielskiego, więc często, czytając coś anglojęzycznego, odczytuję tekst na głos. W ten sposób przeczytałam całego "Władcę Pierścieni", w ogóle preferuję czytanie właśnie Tolkiena na głos. Jeśli czytam go po cichu, czegoś mi brakuje.
Audiobooki przydają się szczególnie do tekstów dłuższych. Na przykład w ten sposób czytałam sztuki Szekspira - przed oczami miałam tekst pisany i cały czas słyszałam audiobooka. Dzięki temu odbiór książki może zostać pogłębiony, inaczej niż w przypadku samego audiobooka. Jednak słuchanie angielskich audiobooków chyba nie nadawałoby się jako tło do innych czynności - nidgy nie byłam specjalnie dobra z listeningu i nadal muszę się mocno koncentrować, jeśli słucham po angielsku. Dotyczy to szczególnie audiobooków nagrywanych przez wolontariuszy z Librivox, których jakość nagrania jest czasami nienajlepsza. Wtedy właśnie przydaje się tekst pisany.
Mam też jedną ciekawą historię związaną z audiobookiem. Było to jeszcze na studiach zaocznych, niby niedawno, ale jakby całe wieki temu. Miałam przeczytać lekturę na anglistykę, "Catch-22" ale czytanie o dziwo wcale nie szło mi tak szybko jak powinno, a termin, na który należało przeczytać książkę, zbliżał się nieubłaganie. Ponieważ nie mam w zwyczaju czytać streszczeń zamiast książki, szukałam metod na przyspieszenie procesu czytania, w końcu postanowiłam wykorzystać audiobook. Ponieważ uczelnia nie znajdowała się w miejscu mojego zamieszkania, sporo czasu zajmowały mi dojazdy - 2 godziny w jedną stronę. Wtedy też zaopatrzyłam się w malutki odtwarzacz mp3, z którym dla szkody dla słuchu nie rozstawałam się przez cały czas podróży powrotnej. Zazwyczaj słuchałam na nim ulubionej Drużyny Trzeźwych Hobbitów, ale wtedy wrzuciłam właśnie audiobook "Paragrafu". Za oknami autobusu było już zupełnie ciemno,a ja wsłuchiwałam się w audiobooka i po raz pierwszy przeżycia bohaterów zaczęły coś dla mnie znaczyć, wywoływać jakieś uczucia we mnie. Może nawet pojawiło się wzruszenie. W tym przypadku audiobook bardzo mi się przydał.
Więcej o audiobookach w kolejnych wpisach :)
Zauważyłaś, że książka po kilkakrotnym przeczytaniu staje się o wiele grubsza, niż była? [...] Jakby za każdym razem coś zostawało między kartkami: uczucie, myśli, odgłosy, zapachy... A gdy po latach zaczynamy ją kartkować, odnajdujemy w niej nas samych, młodszych, innych... Książka przechowuje nas jak zasuszony kwiat; odnajdujemy w niej siebie i jakby nie siebie.(Cornelia Funke)
Wednesday, August 3, 2011
Tuesday, August 2, 2011
Czytelnicze herezje?
Oj, nieładnie, nieładnie! Nie umiem być wierna jednej książce i nieustannie robię liczne skoki w bok! Jak widać z mojego profilu na Lubimy Czytać, jednocześnie oddaję się lekturze wielu różnych książek. Nie czekam, aż skończę jedną, aby zacząć czytać kolejną. Mama trochę mi się dziwi, czy treści książek mi się nie pomylą, ale jakoś jeszcze nigdy się tak nie stało :)Może jeszcze wszystko przede mną? W każdym razie jednocześnie czytam raczej utwory o różnej tematyce. Zazwyczaj czytam przynajmniej dwie książki w tym samym czasie - jedną tradycyjną, papierową, a drugą na komputerze, e-booka. A w tym roku doszły też książki komórkowe - w czasie roku akademickiego podczas przerw prawie nie rozstawałam się z mobile-bookiem Cory'ego Doctorowa, a czasem nawet zdarzało mi się przegapić moment rozpoczęcia zajęć ;)To moje zachowanie musiało chyba wyglądać dość aspołecznie!
Od momentu, kiedy ukończyłam anglistykę, literatura jest praktycznie jedynym sposobem utrzymania kontaktu z językiem angielskim, więc jeśli czytam papierową książkę po polsku lub mam dużo nauki z niemieckiego, wtedy też czytam na komputerze angielskiego e-booka. W czasie sesji na przykład, zamiast zgłębiać zawiłości niemieckiej gramatyki, namiętnie czytałam e-booka profesora Lesiga "Free Culture" (akurat ta książka ma również wersję polską dostępną w sieci).
Również w innych przypadkach czytam kilka książek na raz. Kiedy jakaś książka mnie znudzi, tak jak ostatnio "Wyznania gejszy", nie zmuszam się do czytania jej, lecz robię sobie przerwę i zaczynam nową książkę. Jeżeli ta świeżo zaczęta książka jest ciekawsza od poprzedniej, czytam ją w całości i dopiero po zakończonej lekturze wracam do tej "porzuconej". Czasami jednak zaczynam czytać następne, i w czasie "czytania" jednej książki, pochłaniam kilka innych.
Nie boję się też chyba najgorszej książkowej herezji, czyli nieprzeczytania książki do końca. Jeśli jakaś książka wybitnie mi się nie podoba, po prostu przestaję ją czytać przed zakończeniem i już do niej nie wracam, aby dokończyć przerwane czytanie. Tak zrobiłam np. z "Dziennikiem Bridget Jones", który wydawał mi się płytka i niewartą czytania książką. Czasami wracam do takiej przerwanej książki, nawet po dłuższym czasie, ale jak dotąd nie miałam ochoty doczytać do końca Bridget.A Mama zawsze mówiła, że jeśli już zaczęło się czytać książkę, należy ją skończyć, bo książka może się mścić..Niegrzeczną jestem czytelniczką, niegrzeczną...
Od momentu, kiedy ukończyłam anglistykę, literatura jest praktycznie jedynym sposobem utrzymania kontaktu z językiem angielskim, więc jeśli czytam papierową książkę po polsku lub mam dużo nauki z niemieckiego, wtedy też czytam na komputerze angielskiego e-booka. W czasie sesji na przykład, zamiast zgłębiać zawiłości niemieckiej gramatyki, namiętnie czytałam e-booka profesora Lesiga "Free Culture" (akurat ta książka ma również wersję polską dostępną w sieci).
Również w innych przypadkach czytam kilka książek na raz. Kiedy jakaś książka mnie znudzi, tak jak ostatnio "Wyznania gejszy", nie zmuszam się do czytania jej, lecz robię sobie przerwę i zaczynam nową książkę. Jeżeli ta świeżo zaczęta książka jest ciekawsza od poprzedniej, czytam ją w całości i dopiero po zakończonej lekturze wracam do tej "porzuconej". Czasami jednak zaczynam czytać następne, i w czasie "czytania" jednej książki, pochłaniam kilka innych.
Nie boję się też chyba najgorszej książkowej herezji, czyli nieprzeczytania książki do końca. Jeśli jakaś książka wybitnie mi się nie podoba, po prostu przestaję ją czytać przed zakończeniem i już do niej nie wracam, aby dokończyć przerwane czytanie. Tak zrobiłam np. z "Dziennikiem Bridget Jones", który wydawał mi się płytka i niewartą czytania książką. Czasami wracam do takiej przerwanej książki, nawet po dłuższym czasie, ale jak dotąd nie miałam ochoty doczytać do końca Bridget.A Mama zawsze mówiła, że jeśli już zaczęło się czytać książkę, należy ją skończyć, bo książka może się mścić..Niegrzeczną jestem czytelniczką, niegrzeczną...
Monday, August 1, 2011
Dziś rocznica powstania warszawskiego, niestety jeśli chodzi o literaturę na ten temat, moja wiedza nie jest zbyt obszerna. Z książek poświęconych temu zagadnieniu czytałam tylko "Pamiętnik z powstania warszawskiego", ale było to już dosyć dawno, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, a czas skutecznie zatarł moje wspomnienia o tej książce.
W tej sytuacji wstawię tylko film "Miasto ruin", który dzisiaj znalazlam w internecie.
Film robi wrażenie, jednak szkoda, że nie pokazane są zniszczone budynki w większym przybliżeniu, zanim zaczęłam oglądanie, liczyłam na coś w rodzaju Street View... Sceneria wygląda naprawdę apokaliptycznie, jedyna wada filmu jest taka, że nie bardzo kojarzy mi się z Warszawą. Nigdy nie byłam w Warszawie i topografia tego miasta jest mi obca, ale wydaje mi się, przynajmniej takie odniosłam wrażenie, że klip równie dobrze mógłby pochodzić z jakiegoś filmu post-apocalyptic sci-fi, w której ludzkość walczy o przetrwanie po jakiejś globalnej katastrofie. Może nawet mogłyby być to plenery z "Pamiętnika przetrwania" Doris Lessing.
W tej sytuacji wstawię tylko film "Miasto ruin", który dzisiaj znalazlam w internecie.
Film robi wrażenie, jednak szkoda, że nie pokazane są zniszczone budynki w większym przybliżeniu, zanim zaczęłam oglądanie, liczyłam na coś w rodzaju Street View... Sceneria wygląda naprawdę apokaliptycznie, jedyna wada filmu jest taka, że nie bardzo kojarzy mi się z Warszawą. Nigdy nie byłam w Warszawie i topografia tego miasta jest mi obca, ale wydaje mi się, przynajmniej takie odniosłam wrażenie, że klip równie dobrze mógłby pochodzić z jakiegoś filmu post-apocalyptic sci-fi, w której ludzkość walczy o przetrwanie po jakiejś globalnej katastrofie. Może nawet mogłyby być to plenery z "Pamiętnika przetrwania" Doris Lessing.
Sunday, July 31, 2011
Dlaczego nie lubię GRR Martina
Trzeba coś wrzucić na bloga, więc przekleję moją recenzję z Lubimy Czytać:
Pewnie się narażę swoją oceną tej książki, ale to że wszyscy się nią zachwycają, nie znaczy, że powinnam przyłączyć się do tego chóru wbrew swoim odczuciom. Sam pomysł jest dosyć ciekawy, niestety gorzej z wykonaniem.
Choć opowiadana historia może zaciekawić, i tak też stało się w moim przypadku, styl pisania Martina zupełnie mi nie odpowiada. Tekst powieści jest pełen niepotrzebnych moim zdaniem scen erotycznych oraz bardzo często używany jest niecenzuralny język, co skojarzyło mi się z twórczością Andrzeja Sapkowskiego, który również chętnie zamieszczał te elementy w swoich utworach. Sprzeciw wobec takich części składowych utworu wynika po części z mojego chrześcijańskiego światopoglądu, ale również uważam, iż powieść nie zyskuje na załączeniu tych składników, więc przeciwnie, raczej na tym traci. Opisu gwałtów, przemocy są niepotrzebne z punktu widzenia fabuły, wydaje mi się, że zamiast opisywać wszystko ze szczegółami, możnaby delikatnie naprowadzić czytelnika na właściwy trop, co ma się wydarzyć. Nie zawsze podawanie „kawy na ławę” jest lepsze niż pisanie nie wprost. Co do przekleństw, również jestem przekonana, iż w większości przypadków są one niepotrzebne (gratuitous) i zastąpienie ich cenzuralnymi odpowiednikami lub całkowite ich pominięcie nie wpłynęłoby negatywnie na sens i fabułę. Jest ich zdecydowanie za dużo. Książkę czytałam po angielsku i były one do przeżycia, może dlatego, że do niecenzuralnych słów w obcym języku ma się pewien dystans. Ale wolę nie myśleć, jak wyglądałoby to w polskim tłumaczeniu. Na pewno nie sięgnęłabym po książkę tak „upstrzoną” niecenzuralnymi słowami. Nie dlatego, że jestem pruderyjna w negatywnym tego słowa znaczeniu. Po prostu uważam, że literatura powinna prowadzić nas ku pięknu, którego nieraz tak niewiele jest w życiu codziennym, a nie strącać nas, czytelników, do rynsztoka. Odniosłam wrażenie, że często przekleństwa są jakby sztucznie wepchnięte w dany kontekst, tak jakby autor chciał nam pokazać, że wcale nie boi się używania wulgarnych słów i nie jest to dla niego powód do wstydu. W moim odczuciu jest to dosyć naiwna postawa, przynosząca na myśl zachowanie nastolatków, przeklinających w nadziei, że będą wtedy bardziej „dorośli”, gdy prawda jest dokładnie odwrotna.
Kolejnym problemem są liczne powtórzenia w opisach postaci, niemal przy każdym pojawieniu się Jona jest podkreślane, że to bękart. Martin trochę traktuje tu czytelników z pobłażaniem, jakby po jedno- lub dwukrotnie podanej informacji nie byli w stanie zapamiętać, jakie jest pochodzenie Jona. Podobnie jest z innymi bohaterami, gdzie też powtarzają się podane już wcześniej ich określenia.
Pozytywnie utkwił mi w pamięci motyw wilkorów – tak chyba nazywają się po polsku te zwierzęta? Angielskie słowo direwolf, jak odkryłam w Internecie, to jednocześnie nazwa wymarłego gatunku wilka; polski termin określający to stworzenie brzmi wilk straszliwy i stwór rzeczywiście był większy od zwykłego wilka, tak jak w powieści Tworzy to element nawiązujący do naszego świata, i wywołuje wrażenie, że „to się już kiedyś wydarzyło na ziemi ;)” Wydaje się, że wielu czytelników chciałoby mieć takiego obrońcę w postaci wilkora :)
Podsumowując:dzieje postaci zainteresowały mnie, jednak styl literacki tej książki rozczarował, i raczej nie sięgnę po pozostałe tomy, a dalsze losy bohaterów poznam ze streszczeń :)
Saturday, July 30, 2011
Zbójcy
Czas na dzisiejszy odcinek bloga, nie bardzo mam inwencję twórczą, ale może uda mi się zanotować recenzję "Zbójców" Schillera, którą wymyślałam sobie wczoraj w nocy, zamiast spać ;)
"Zbójców" przeczytałam w ramach zaznajamiania się z literaturą niemiecką. Miałam ambitne plany przez wakacje zapoznać się z lekturami germanistycznymi po polsku, aby potem ułatwić sobie naukę. W większości plany te na razie się nie powiodły, jako że znalazłam ciekawsze lektury. Jednak podczas choroby byłam zmuszona wykorzystywać domowe resources dotyczące książek, a ponieważ nie mamy w domu własnego wydania "Zbójców", sięgnęłam do internetu. Jednak w sieci nie można było odnaleźć polskiego wydania tego utworu, ściągnęłam więc angielskie tłumaczenie z Gutenberga i zaczęłam lekturę.
Ogólnie moje odczucia są pozytywne. Miejscami wypowiedzi postaci są dosyć egzaltowane, ale da się wytrzymać. Jest też dużo bardzo bezpośrednich nawiązań, wręcz cytatów, z dzieł Szekspira - sama nie wiem, czy to pozytyw czy negatyw. Szekspira bardzo lubię, więc raczej powinno mnie to cieszyć, ale z drugiej strony świadczy o braku kreatywności u autora. W każdym razie dobrze, że za czasów Schillera nie było jakiejś "Shakespeare Estate", bo pewnie by swojej sztuki nie wydał ;)W samym utworze najbardziej zwróciły moją uwagę nawiązania do norm moralnych i etycznych. Bohaterowie dopuszczają się zbrodni, jednak są świadomi iż to co robią, jest złem, nie starają się relatywizować zła swoich uczynków. Występuje też odniesienie do chrześcijaństwa,postępki postaci są określane jako ciężkie grzechy i wspomniane są skutki, jakie takie działania przynoszą duszy ludzkiej.
Karol ma wszystko, czego można pragnąć: jest młody, zdolny, bogaty, ma kochającego ojca i wierną narzeczoną. Niestety, ma również zazdrosnego o ulubieńca ojca brata Franciszka. Niemiecka wersja tego imienia bardziej pasuje do tej okrutnej i nie przebierającej w środkach postaci, jako że imię "Franciszek" kojarzy mi się w dużej mierze pozytywnie, ze świętym, który je nosił. Jednak Franciszek ze Zbójców jest zupełnie pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych cech. Z powodu jego knowań, ojciec wydziedzicza Karola, który, zrozpaczony niemożnością otrzymania przebaczenia rodzica, podejmuje dramatyczną decyzję i zostaje przywódcą bany tytułowych zbójców. Bohater przysięga wierność swojej bandzie, co w przyszłości przysporzy mu kłopotów. Co ciekawe, zbójcy, mimo iż zdolni do zbrodni, są - z małymi wyjątkami - również wierni swojemu wodzowi. Sam Karol jest z natury człowiekiem wrażliwym i utalentowanym, pragnie osiągnąć wielkie rzeczy i zapewne nigdy nie przystąpiłby do zbójeckiej bandy, gdyby nie jego sytuacja życiowa. Równocześnie jednak zdaje sobie sprawę, że jego decyzja jest nieodwracalna i zmienia jego życie na zawsze.Karol wie, że zostając zbójcą na zawsze utracił pierwotną niewinność, a zatem, nie ma już dla niego powrotu do dawnego życia. Nawet wtedy, kiedy okoliczności zdają się temu sprzyjać. W końcu odrzuca ukochaną, aby dochować wierności zbójeckiej przysiędze.
"Zbójców" przeczytałam w ramach zaznajamiania się z literaturą niemiecką. Miałam ambitne plany przez wakacje zapoznać się z lekturami germanistycznymi po polsku, aby potem ułatwić sobie naukę. W większości plany te na razie się nie powiodły, jako że znalazłam ciekawsze lektury. Jednak podczas choroby byłam zmuszona wykorzystywać domowe resources dotyczące książek, a ponieważ nie mamy w domu własnego wydania "Zbójców", sięgnęłam do internetu. Jednak w sieci nie można było odnaleźć polskiego wydania tego utworu, ściągnęłam więc angielskie tłumaczenie z Gutenberga i zaczęłam lekturę.
Ogólnie moje odczucia są pozytywne. Miejscami wypowiedzi postaci są dosyć egzaltowane, ale da się wytrzymać. Jest też dużo bardzo bezpośrednich nawiązań, wręcz cytatów, z dzieł Szekspira - sama nie wiem, czy to pozytyw czy negatyw. Szekspira bardzo lubię, więc raczej powinno mnie to cieszyć, ale z drugiej strony świadczy o braku kreatywności u autora. W każdym razie dobrze, że za czasów Schillera nie było jakiejś "Shakespeare Estate", bo pewnie by swojej sztuki nie wydał ;)W samym utworze najbardziej zwróciły moją uwagę nawiązania do norm moralnych i etycznych. Bohaterowie dopuszczają się zbrodni, jednak są świadomi iż to co robią, jest złem, nie starają się relatywizować zła swoich uczynków. Występuje też odniesienie do chrześcijaństwa,postępki postaci są określane jako ciężkie grzechy i wspomniane są skutki, jakie takie działania przynoszą duszy ludzkiej.
Karol ma wszystko, czego można pragnąć: jest młody, zdolny, bogaty, ma kochającego ojca i wierną narzeczoną. Niestety, ma również zazdrosnego o ulubieńca ojca brata Franciszka. Niemiecka wersja tego imienia bardziej pasuje do tej okrutnej i nie przebierającej w środkach postaci, jako że imię "Franciszek" kojarzy mi się w dużej mierze pozytywnie, ze świętym, który je nosił. Jednak Franciszek ze Zbójców jest zupełnie pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych cech. Z powodu jego knowań, ojciec wydziedzicza Karola, który, zrozpaczony niemożnością otrzymania przebaczenia rodzica, podejmuje dramatyczną decyzję i zostaje przywódcą bany tytułowych zbójców. Bohater przysięga wierność swojej bandzie, co w przyszłości przysporzy mu kłopotów. Co ciekawe, zbójcy, mimo iż zdolni do zbrodni, są - z małymi wyjątkami - również wierni swojemu wodzowi. Sam Karol jest z natury człowiekiem wrażliwym i utalentowanym, pragnie osiągnąć wielkie rzeczy i zapewne nigdy nie przystąpiłby do zbójeckiej bandy, gdyby nie jego sytuacja życiowa. Równocześnie jednak zdaje sobie sprawę, że jego decyzja jest nieodwracalna i zmienia jego życie na zawsze.Karol wie, że zostając zbójcą na zawsze utracił pierwotną niewinność, a zatem, nie ma już dla niego powrotu do dawnego życia. Nawet wtedy, kiedy okoliczności zdają się temu sprzyjać. W końcu odrzuca ukochaną, aby dochować wierności zbójeckiej przysiędze.
Thursday, July 28, 2011
Zajęta
Jestem bardzo zajęta lekturą trudnej książki Benedykta XVI, więc na razie nie stać mnie na większą kreatywność w tworzeniu bloga. Wobec tego wrzucam tylko linki do wykładów T. Shippeya, poświęconych Legendzie o Sigurdzie i Gudrun.
Wednesday, July 27, 2011
Subscribe to:
Posts (Atom)
