2012 Reading Challenge

2012 Reading Challenge
Wiktoria has read 20 books toward her goal of 52 books.
hide

Monday, October 3, 2011

Darmowe, e-mailowe kursy twórczego pisania

Zaczął się rok akademicki, niestety wiążą się z tym złe wieści dla bloga. Przypuszczalnie nie będę miała już tyle czasu na pisanie bloga, nie zostawię go oczywiście, ale chyba nie uda mi się pisać go codziennie, tak jak podczas wakacji. Poza tym, trudniej będzie znaleźć wolną chwilę na czytanie, a ponieważ jest to blog poświęcony książkom, oznacza to również mniej pomysłów na blogowe wpisy.

Nigdy dotąd nie udało mi się tak długo i regularnie prowadzić bloga, wcześniej miałam co prawda kilka blogów, ale wpisy ukazywały się właściwie z półroczną częstotliwością. Praktycznie na każdym z tych blogów pisałam tylko parę razy w roku. Jeden zginął śmiercią naturalną, usunięty z serwera z powodu braku logowania się. Zawsze miałam ważniejsze rzeczy ro roboty niż pisanie na blogu; w czasie wakacji było to czytanie, zaś w roku akademickim nauka. W te wakacje coś się zmieniło i nareszcie założyłam regularnie aktualizowanego bloga. Blog zyskał nawet czytelnikom, którym serdecznie dziękuję. Tym bardziej zależy mi na utrzymaniu bloga mimo niesprzyjających okoliczności. Nie chciałabym sprawić zawodu czytelnikom.

Odkąd zainteresowałam się twórczym pisaniem, zmienił się nieco profil blogu, pierwotnie miał być on poświęcony recenzjom książek i nowoczesnej technice powiązanej z literaturą, na przykład e-bookom. Jednak w miarę, jak zagłębiałam się w świat twórczego pisania, pojawiało się coraz więcej wpisów omawiających książki na ten temat. Dzisiaj również napiszę coś o twórczym pisaniu.

Możemy pouczyć się twórczego pisania nie tylko z książek i e-booków. Istnieje również mnóstwo stron internetowych, z których poznamy pisarskie kruczki. W sieci dostępne są również kursy creative writing, wiele z nich darmowych. Teraz zajmę się tymi, jakie możemy otrzymywać prosto do skrzynki mailowej. Dzięki temu wystarczy zapisać się na lekcje, a kolejne odcinki będą docierać do nas w określonych odcinkach czasu. Zazwyczaj informacje zawarte w kursach są dostępne tylko tą drogą, nie da się ich przeczytać ze strony internetowej. Czasem, w zamian za zapisanie się, dostajemy dodatkowo interesujące e-booki. Dosyć spodobała mi się ta forma nauki. Zawsze z niecierpliwością czekam, co też będzie w dzisiejszym odcinku!

Pierwszym e-mailowym kursem, w którym "brałam udział" był polski kurs ze strony Nowy Świat. Tutaj znajduje się formularz zapisu na kurs. Odcinki przychodzą regularnie co trzy dni, nie zdarza się, aby któryś nie dotarł. Każda "lekcja" nie zajmuje więcej niż dwie strony wydruku. Kurs nie zawiera żadnych rewolucyjnych informacji, ale miło się go czytało.

Potem zaprenumerowałam sobie kursy anglojęzyczne. Strona Learn to Write Fiction oferuje mini-kursy: Mini Courses - na razie są tylko dwa. Jeden z nich poświęcony jest szybkiemu pisaniu powieści - kurs omawia programy pisania powieści, dostępne w Internecie; wśród nich jest Nanowrimo. Drugi kurs uczy metod wyznaczania sobie celów i realizacji ich, oczywiście jest nakierowany na pisarstwo. W każdym mailu otrzymujemy link do pliku PDF, gdzie znajduje się właściwa treść danej lekcji. Niektóre są dość długie i obszerne.

Na stronie Creative Writing Now można zapisać się na trzydniowy kursik Endless Story Ideas. Jest króciutki, ale bardzo treściwy. Pierwsza lekcja poświęcona jest tworzeniu postaci, druga - konfliktu, a ostatnia - otoczenia bohaterów, świata przedstawionego. Na koniec każdej lekcji podane jest zadanie domowe do wykonania dla uczestnika :) chociaż oczywiście nie ma możliwości sprawdzenia go, ani otrzymania wskazówek co do naszych utworów.

Na stronie Email College można odnaleźć mnóstwo pisarskich kursów. Niestety, jeśli chodzi o stronę informatyczną tego przedsięwzięcia, kursy wypadły fatalnie. Zapisałam się na kilkanaście kursów, jednak z każdego z nich przyszły mi tylko lekcje począwszy od trzeciej w górę. Nie mam w ogóle lekcji pierwszych i drugich. Próbowałam też zamawiać je na inne adresy mailowe, ale bez względu na użyty przy zapisywaniu się adres mailowy, do skrzynki przychodzą losowe numery lekcji, jeszcze nie udało mi się "uzbierać" ani jednego kursu w całości. Szkoda, bo te, które do mnie dotarły, zawierają sporo ciekawych informacji. Jak do tej pory najbardziej zaintrygował mnie kurs poświęcony archetypom postaci. Warto zerknąć, szczególnie jeśli jesteś fanem Gwiedznych Wojen, autor tego poradnika omawia archetypy właśnie na przykładzie bohaterów sagi.

Oczywiście wszystkie opisane tu kursy są całkowicie darmowe.

Na dzisiaj to wszystko. Jutro, jeśli przeżyję prawie cały dzień zajęć, postaram się też napisać na blogu. Do poczytania!




Sunday, October 2, 2011

Niedzielny kącik szekspirowski

Na ostatnie wakacyjne spotkanie z poezją wybrałam końcowy fragment Snu nocy letniej, monolog Puka. W tej ostatniej części sztuki, Puk żegna się z widownią, występując zarówno jako postać dramatyczna, jak i aktor, przedstawiciel kompanii teatralnej. Wypowiedź nawiązuje do tematyki snu – Puk namawia widzów, aby uznali całe przedstawienie za nic nieznaczące marzenie senne, jeśli im się nie spodobało. W imieniu trupy, przyrzeka poprawę – lepsze spektakle w przyszłości. Jeżeli jednak sztuka przypadła do gustu widzom, Puk zachęca ich do gromkich oklasków. Chce on przekonać audytorium do pożądanego przez niego zachowania, tj. aplauzu. Jednak jego wypowiedź jest pełna typowego dla Puka humoru i psoty. Ale oddajmy głos samemu elfowi:

Puck
If we shadows have offended,
Think but this, and all is mended,
That you have but slumber'd here
While these visions did appear.
And this weak and idle theme,
No more yielding but a dream,
Gentles, do not reprehend:
if you pardon, we will mend:
And, as I am an honest Puck,
If we have unearned luck
Now to 'scape the serpent's tongue,
We will make amends ere long;
Else the Puck a liar call;
So, good night unto you all.
Give me your hands, if we be friends,
And Robin shall restore amends.

A teraz czas na polskie tłumaczenie tego tekstu; tak jak to z poprzedniego tygodnia, przekład jest autorstwa Leona Ulricha. Tego fragmentu Snu nocy letniej można również posłuchać jako piosenki w wykonaniu Janusza Radka; tym razem tekst Szekspira przetłumaczył Konstanty Ildefons Gałczyński.

Spójrzmy na polski przekład Snu nocy letniej:

Puk

Jeśli was nasze obraziły cienie,

Pomyślcie tylko (łatwe przypuszczenie),

Że was sen zmorzył, że wszystko, co było,

Tylko uśpionym we śnie się marzyło.

Jeżeli dzisiaj senne to marzenie

Wasze łaskawe zyska przebaczenie,

Dołożym chęci, aby się poprawić,

I widowiskiem lepszym was zabawić.

A jak Puk jestem i człowiek uczciwy,

Jeżeli dzisiaj dość będę szczęśliwy,

Że spod języka wężów wyjdę zdrowy,

Niedługo utwór przyniesiem wam nowy,

Albo na zawsze Puk kłamcą zostanie.

Teraz dobranoc! panowie i panie.

Jeżeli łaska, dajcie nam oklaski:

Robin wam z lichwą spłaci wasze łaski wychodzi.

Całość można przeczytać, a także pobrać na dysk lub do czytnika e-booków ze strony Wolnych Lektur.

Saturday, October 1, 2011

Czytelnicze podsumowanie wakacji

 

Tegoroczne wakacje były bardzo owocne, jeśli chodzi o czytanie. Zazwyczaj podczas lata czytałam jedną dłuższą książkę lub kilka krótszych, a tymczasem w tym roku mam ich na swoim koncie kilkanaście.

Postanowiłam sporządzić tu listę wszystkich książek przeczytanych podczas wakacji. Oczywiście zawsze zapisuję przeczytane tytuły na portalach książkowych, jednak części z nich – szczególnie tych anglojęzycznych – nie można znaleźć na polskim portalu Lubimyczytac.pl, w związku z czym są tam uwiecznione tylko fragmenty moich osiągnięć czytelniczych Puszczam oczko

Jak zwykle, najwięcej książek przeczytałam po angielsku. Chociaż pożyczyłam parę książek moich ulubionych autorów po polsku, szczerze mówiąc, nie udało mi się przez nie przebrnąć. Nie da się ukryć, że bardzo ciężko czyta mi się po polsku, zwłaszcza autorów anglojęzycznych, kiedy wolałabym przeczytać oryginał. Zresztą po prostu preferuję lekturę po angielsku i aby czytać po polsku, muszę się trochę zmuszać. Co do Tolkiena, lepiej chyba poczekać, aż będzie mnie stać na angielskie oryginały, i dopiero wtedy przeczytać jego pozostałe dzieła. I tak czytanie go po polsku nie sprawia mi przyjemności. Bardzo lubię melodię języka angielskiego, kiedy czytam coś w tym języku, zazwyczaj robię to na głos, szczególnie gdy to dotyczy Tolkiena Uśmiech Przepadam też za różnymi archaicznymi czy mało znanymi słówkami, których używał… Niestety to wszystko zanika w polskim tłumaczeniu. Poza tym, czytanie po angielsku jest nawet moim obowiązkiem, bo przecież muszę powtarzać, to czego się nauczyłam na studiach. Nic nie jest dane raz na zawsze, zwłaszcza znajomość języka. Na razie, póki nie mam pracy związanej z angielskim, jedynym sposobem utrzymywania kontaktu z tym językiem są lektury. Może powinnam też oglądać anglojęzyczne filmy, ale jednak wolę poczytać. W każdym razie, choć mam pożyczone interesujące książki po polsku, wolę przeczytać cokolwiek po angielsku, nawet utwory jakichś niszowych autorów, niż bardziej renomowanych pisarzy w polskim tłumaczeniu. Na to wszystko chyba złożył się też fakt, że we wakacje zafascynował mnie temat twórczego pisania, i sięgałam przede wszystkim po książki dotyczące pisarstwa. To zagadnienie zaczęło nawet przeważać nad moim zainteresowaniem fantastyką. Zupełnie natomiast przeszło mi zamiłowanie do studiowania historii epoki Tudorów, które było moją pasją we wakacje przed obroną. Można powiedzieć, że każde wakacje mają swój temat przewodni, a tegorocznym stało się – dla mnie samej trochę niespodziewanie – właśnie twórcze pisanie.

Największą chyba czytelniczą porażką lata były Wyznania gejszy. Przeczytałam prawie połowę tej książki, lecz nie wydaje mi się, abym miała ochotę ją skończyć.  Zabrałam się za nią, bo trochę interesuje mnie kultura Japonii, kiedyś chciałam nawet nauczyć się języka japońskiego, ale zrezygnowałam z tego pomysłu z braku czasu i ze względu na ogrom pracy, jaki musiałabym w to włożyć, a nie byłoby jakichś wymiernych korzyści. Ale od czasu do czasu mam takie “japońskie chwile”, kiedy to zainteresowanie Japonią powraca, i chyba w jednej z nich musiałam zdecydować się na wypożyczenie tej książki. Na początku podobały mi się dość obszerne wyjaśnienia japońskich zwyczajów i sposobu myślenia. Jednak w dużej mierze takie wstawki spowalniają rozwój akcji. Potem zaczęło pojawiać się zbyt wiele powtórzeń, wyprawy głównej bohaterki ze swoją “starszą siostrą” były zbyt podobne jedna do drugiej, i w końcu zaczęło mnie to nudzić. Ponieważ wakacje, nawet studenckie, są zbyt krótkie, aby czytać coś, co mnie nie interesuje, porzuciłam tą książkę i zaczęłam inne, ciekawsze.

A oto najpełniejsza lista wakacyjnych “przeczytanych". Książki są uszeregowane wg języków – najpierw ten język, w którym najwięcej przeczytałam; natomiast wewnątrz każdej grupy książki wymienione są w kolejności chronologicznej, od najwcześniej przeczytanej. Jeśli na blogu jest recenzja książki, można kliknąć na jej tytuł i przenieść się bezpośrednio do poświęconego jej wpisu.

KSIĄŻKI W JĘZYKU ANGIELSKIM

Free Culture: The Nature and Future of Creativity  - Lawrence Lessig

Game of Thrones – George RR Martin

The Robbers – Friedrich von Schiller

A Place So Foreign and Eight More – Cory Doctorow

The Diary of a Young Girl – Anne Frank

Wilderness Tips – Margaret Atwood

Mugging the Muse: Writing Fiction for Love AND Money – Holly Lisle

Nano for the New and the Insane – Lazette Gifford

70 Solutions to Common Writing Mistakes – Bob Mayer

Write Good or Die – Scott Nicholson

How to Find Time For Your Writing – Ali Luke

KSIĄŻKI W JĘZYKU POLSKIM

Pamiętnik – Maria Wołkońska

Stanie się czas – Poul Anderson

Jezus z Nazaretu. Część 1: Od chrztu w Jordanie do Przemienienia – Benedykt XVI

Pieśń dla Lyanny – George RR Martin

Polska da się lubić - Steffen Möller

Rezydent wieży. Księga I – Andrzej Tuchorski

KSIĄŻKI W JĘZYKU NIEMIECKIM

In keinem Universum - René Jossen

 

W poniedziałek zaczyna się rok akademicki.. Szkoda, można by jeszcze tyle przeczytać. Jak już wcześniej wspominałam na blogu, z czytaniem podczas studiów jest kiepsko, a nawet źle. Zazwyczaj wtedy prawie nic nie czytam, bo jakaś tam nauka słówek okazuje się ważniejsza. Mam nadzieję, że tym razem tak się nie stanie, i będę dalej czytać – może z wyjątkiem listopada, kiedy każdą wolną chwilę wykorzystam na Nanowrimo. Chyba zresztą uzależniłam się od czytania i już nie wyobrażam sobie bez niego życia. Może jakąś metodą byłoby kupowanie książek? Bo jeśli już się za książkę zapłaci, nieprzeczytanie jej byłoby zmarnowaniem wydanych pieniędzy.

Może czytelnicy bloga mają pomysł, jak nadal dużo czytać mimo niesprzyjających warunków?

Dziękuję wszystkim czytelnikom tego bloga. Nie spodziewałam się, że uda mi się znaleźć fanów mojej pisaniny. Tym bardziej jest to wielka radość i bardzo miła niespodzianka. Dlatego jeszcze raz serdecznie wszystkim dziękuję.

Friday, September 30, 2011

Write Good or Die–Scott Nicholson

 

Książka, a właściwie e-book Write Good or Die, jest zbiorem artykułów i esejów na temat pisarstwa. Książkę ściągnęłam jako darmowy e-book z Kindle Store, i w przeciwieństwie do innych e-booków, które są dostępne bezpłatnie tylko przez określony czas, nadal da się ją ściągnąć za darmo. Istnieje też blog poświęcony książce, z którego można pobrać jej wersję w PDF.

E-book zawiera artykuły, które można odnaleźć na blogach poszczególnych autorów, dlatego chyba jest pozycją darmową, trudno byłoby bowiem oczekiwać, że ludzie będą płacić za coś, co mogą przeczytać na ogólnie dostępnych stronach internetowych. Autorami esejów są pisarze oraz jeden krytyk literacki. Wyboru dokonał właśnie Scott Nicholson, również pisarz, który napisał do książki wstęp, posłowie i parę artykułów. Mimo, że wszyscy twórcy artykułów są pisarzami, nigdy wcześniej o nich nie słyszałam ani tym bardziej nie czytałam ich książek. Nie są to bowiem autorzy o światowej sławie. Jednak warto sięgnąć po e-booka, jest on bowiem ciekawą lekturą. Artykuły są napisane w interesujący sposób, często pojawiają się bezpośrednie zwroty do czytelnika, kierowane do niego pytania, co upodabnia je trochę do rozmowy z autorami. Teksty mają też w sobie dużo humoru, co sprawia, że świetnie się je czyta, choć są też takie, które mogą trochę nudzić. Szczególnie dotyczy to artykułów poświęconych publikacji, może dlatego, że zawartych tam rad nie da się od razu wypróbować w praktyce. Jednak i tam można przeczytać coś ciekawego. Z części poświęconej publikacji i biznesowej stronie pisarstwa dowiedziałam się na przykład, że można za darmo założyć sobie własny newsletter, z czego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy.

Książka składa się z trzech części; pierwsza poświęcona jest bardziej ogólnym esejom na temat twórczości, druga zawiera wskazówki warsztatowe, a ostatnia – dotyczące biznesu pisarskiego. Ostatni artykuł kończy się, kiedy mamy przeczytane 79% e-booka – resztę elektronicznej książki stanowią niestety biogramy autorów esejów, a następnie możemy przeczytać krótkie streszczenia powieści Nicholsona. Trochę to rozczarowuje, bo prawie 20% książki zajmują informacje nie będące właściwie jej treścią. Ale przecież e-book jest darmowy, więc chyba nie ma co narzekać.

Najbardziej zaciekawiły mnie części pierwsza i druga. Postaram się przedstawić myśli, porady z artykułów z tych właśnie rozdziałów, specjalnie dla czytelników, którzy nie znają angielskiego na tyle dobrze, aby samodzielnie przeczytać książkę.

W If I Only Had The Time Kevin J. Anderson rozprawia się z mitem, popularnym wśród czytelników, jakoby pisarstwo było zajęciem dla każdego. Tytuł eseju pochodzi z częstych wypowiedzi ludzi, którzy uważają, że napisanie książki to nic trudnego, mogliby to zrobić, gdyby tylko mieli czas. Anderson porównuje pisarstwo do sportu olimpijskiego – widzowie transmisji olimpijskich nie łudzą się, że mogliby też wystąpić, więc czemu uważają, że z pisarstwem jest inaczej? Heather Graham doradza, że w pisarstwie najważniejsza jest umiejętność opowiedzenia ciekawej historii, która zainteresuje czytelnika. Przydatna rada znajduje się w artykule Mur Lafferty It’s OK to Suck – rzeczą, która bardzo przeszkadza początkującym pisarzom w tworzeniu, są ich zbyt wysokie oczekiwania co do własnych utworów. Wielu chce za pierwszym razem napisać arcydzieło. Należy pogodzić się z tym, że pierwsze dzieła będą bezwartościowe, i dać sobie prawo do pisania nawet byle czego – jeśli nie zaczniemy pisać, nie przejmując się jakością, nigdy nie zrobimy żadnych postępów na pisarskiej drodze. Scott Nicholson w artykule Nurture Your Inner Hack radzi, aby wziąć przykład z autorów popularnych powieści, w których utworach od razu coś się dzieje, zamiast np. z detalami opisywać wygląd postaci. Kristine Kathryn Rusch w obszernym artykule pokazuje, jak pokonywać pokusy, które odciągają od pisania. Można podsumować go w ten sposób, że jeśli robimy coś, co naprawdę kochamy, rozproszenia nie będą nam przeszkadzać. Harley Jane Kozak napisała krótki esej na temat Nanowrimo – nie ma w nim właściwie żadnych porad, ale jest bardzo zabawny i warto go przeczytać ze względu na zawartą w nim dawkę humoru. Robert Kroese stwierdza rzecz wydaje się oczywistą – napisz książkę, jaką sam chciałbyś przeczytać;  żadnego podlizywania się czytelnikom, prób utrafienia w zapotrzebowanie rynku – czytelnicy od razu wyczują fałsz. MJ Rose dzieli się z odbiorcami informacją, ile razy jej utwory zostały odrzucone, aby zachęcić ich do wytrwałości i nie zrażania się nawet wieloma porażkami. Kristine Kathryn Rusch próbuje określić, czym jest sukces i wykazuje, że słownikowa definicja tego zjawiska często rozmija się z życiem, a pojęcie sukcesu właściwie dla każdego człowieka może oznaczać coś innego.

Najciekawszy jest jednak rozdział poświęcony wskazówkom warsztatowym. Alexandra Sokoloff pokazuje jak napisać premise, czyli jednozdaniowe streszczenie powieści, zawierające informacje o protagoniście, antagoniście,  świecie przedstawionym utworu, konflikcie i jego stawce, oraz nawiązanie do rozwoju akcji. Oczywiście nie ujawniamy zakończenia.  Przykłady tego typu tekstów można przeczytać w gazecie z programem telewizyjnym – tak bowiem tworzone są wydrukowane tam opisy filmów. Gayle Lynds opisuje, jak przeprowadzała research do jednej ze swoich książek – według pisarki, kluczem jest tu entuzjazm pisarza do opisywanego tematu. Tylko autor zafascynowany tematem, o którym pisze, może przekazać swoją fascynację czytelnikowi, a o to przecież chodzi. Rada Brandona Masseya przypomina wcześniejszy artykuł Mur Lafferty – pierwsza powieść, jaką napiszemy, będzie prawdopodobnie okropna, jednak nie należy się tym zrażać, lecz potraktować ją jako konieczne ćwiczenie pisarskie. W ten sposób uczymy się też, jak kończyć rozpoczęte utwory, co wg Masseya jest najważniejszą umiejętnością. Pouczający jest artykuł Scotta Nicholsona Seven Bad Habits of Highly Ineffective Writers, który omawia właśnie siedem pisarskich błędów. Część z uwag Nicholsona odnosi się do specyfiki języka angielskiego, jednak większość jest uniwersalna. Autor radzi, aby nie nadużywać przysłówków, które spowalniają akcję, oraz wykrzykników – intencja postaci powinna wynikać z samej jej wypowiedzi. Jeśli wybierzesz dla swojej powieści dany POV, musisz się go trzymać i nie przeskakiwać nagle z jednego POV do drugiego. Należy również unikać dystansu, czyli pisania zdań typu: Usłyszał coś, co wydawało mu się być stadem rozpędzonych słoni. Lepiej napisać: W oddali przebiegło stado słoni. Jeśli właściwie zastosujemy punkt widzenia, nie trzeba będzie co chwilę powtarzać, że coś usłyszał, zobaczył właśnie nasz bohater. Więcej o POV dowiemy się od Davida J. Montgomery’ego, który referuje wykład innego pisarza, Davida Morella. Wg tego literata, wybór punktu widzenia jest jedną z najważniejszych decyzji podczas pisania. Należy unikać narracji trzecioosobowej wszechwiedzącej – ten styl pisania, popularny w XIX w. jest już uważany za przestarzały i może zanudzić czytelnika. Najbardziej optymalny jest narracja trzecioosobowa z punktu widzenia jednego, wybranego bohatera. Jonathan Maberry wyjaśnia, na czym polega struktura trójaktowa i omawia ją na przykładzie Czarnoksiężnika z Oz. Pierwszy akt wprowadza protagonistę i zawiązuje konflikt, kończąc się, kiedy bohater podejmuje nieodwracalną decyzję. Drugi – przedstawia relacje głównego bohatera z postaciami pobocznymi, jego etap końcowy to decyzja bohatera o podjęciu działania, które jego zdaniem doprowadzi do pomyślnego rozwiązania konfliktu. Trzeci akt kieruje się w stronę rozwiązania konfliktu – na korzyść lub niekorzyść protagonisty. Zazwyczaj przeżywa on przemianę w trakcie trwania utworu. Alexandra Sokoloff radzi, aby każdy utwór miał swoją symbolikę; pisarka przed rozpoczęciem tworzenia sporządza listy słów kluczowych dla danej powieści. W swoim kolejnym artykule Scott Nicholson pisze o dialogach – najważniejsze jest to, aby dialogi wprowadzały ważne informacje do utworu, posuwały akcję do przodu, słowem: aby miały rolę do spełnienia, a nie polegały tylko na niepotrzebnym gadaniu. Rozdział o warsztacie twórczym kończy się esejem Deana Wesleya Smitha, który radzi, aby pisać tylko o tym, co jest naszą prawdziwą pasją, a dopiero po ukończeniu dzieła martwić się, czy i jak sprzedać utwór. Nigdy też nie należy nikomu pozwalać, aby mówił nam, co i jak mamy pisać.

Opisałam tylko część artykułów zawartych w książce, wybierając moim zdaniem najciekawsze. Jednak każdego może zainteresować coś innego, więc zachęcam do sięgnięcia po e-booka, zwłaszcza, że jest on darmowy. Miłej lektury!

Thursday, September 29, 2011

Multitasking, czyli ze strony na stronę

 

Wszystko zaczęło się w 2004 roku. Wtedy to na internetowym świecie pojawiła się nowa przeglądarka – Mozilla Firefox. O programie dowiedziałam się chyba z prasy komputerowej, którą do dzisiaj bardzo chętnie czytam. Ponieważ recenzje były pozytywne, postanowiłam wypróbować owego Firefoxa. Okazało się, że aplikacja ma rewolucyjną funkcję – w oknie przeglądarki można było otworzyć jednocześnie kilka, a nawet kilkanaście stron w tzw. kartach. Co więcej, sprytny program zapamiętywał otwarte strony i po włączeniu komputera i następnie uruchomieniu Firefoxa, pokazywały się te same, ostatnio oglądane strony, dzięki czemu można było wrócić np. do przerwanej lektury. Te nowe funkcje były naprawdę niesamowite! Internet Explorer, którego używałam, nie oferował takich opcji. Po kliknięciu na link, albo otwierał go w nowym oknie – a dużo okien po prostu zaśmiecało pulpit – albo po prostu zamiast dotychczasowej strony, tak że to, co wcześniej czytałam, znikało, była tylko nowa strona, do której zaprowadził mnie odnośnik. Teraz zaś, dzięki Firefoxowi, jeśli podczas czytania natrafiłam na ciekawy link, po prostu wybierałam opcję “otwórz w nowej karcie” i tam też czekał na mnie nowy artykuł. To było fantastyczne! Od tej pory, po każdym surfowaniu po Internecie miałam kilkanaście otwartych kart, i nie wyobrażałam już sobie korzystania z prymitywnego IE, który nie potrafił obsługiwać takiej funkcji.

Dzisiaj każda przeglądarka umie otwierać strony internetowe w kartach, nawet wspomniany Internet Explorer. Ale wtedy była to prawdziwa rewolucja. Można powiedzieć, że w znacznym stopniu wpłynęła na życie internautów. Teraz nikt nie wyobraża już sobie, że  trzeba oglądać jednocześnie tylko jedną stronę internetową. Zawsze są otwarte jakieś karty, a na każdej ciekawe artykuły. Jeśli jeden mnie zanudzi, zawsze mogę przeskoczyć na inny, który mam w sąsiedniej karcie. A przecież otwartych jest ich kilkanaście!Można skakać w te i nazad, nie tylko pomiędzy artykułami, ale także filmikami z Youtube czy fanowskimi ilustracjami z Deviantarta! Co za możliwości! Nie musi się już mozolnie czytać jednego artykułu do końca, można przeczytać kawałek, potem trochę innego, następny w całości, a na koniec wrócić do pierwszego. Teraz zawsze mam otwarte kilkanaście kart w mojej przeglądarce, a często uruchamiam dwie przeglądarki, każda z kilkunastoma otwartymi kartami. Do tego piszę bloga, słucham muzyki, czytam e-booki… Często skaczę z karty na kartę, nawet nie czytając otwartych stron, ale po prostu tylko przeskakując, szukając inspiracji. Dla nowoczesnego komputera z wydajnym procesorem i dużą ilością RAM to żaden problem. Ale czy jest to dobre dla nas, ludzi?

Okazuje się, że nie. Właściwie, multitasking jest nawet szkodliwy. W każdym razie, tylko wydaje się nam, że robiąc wiele rzeczy na raz na komputerze oszczędzamy czas. Faktycznie jest zupełnie inaczej. Jeśli jednocześnie piszemy, sprawdzamy pocztę, Facebooka, Twittera, czytamy artykuły, wcale nie robimy tych rzeczy szybciej. Mózg może efektywnie wykonywać jednocześnie tylko jedną czynność wymagającą przetwarzania informacji, jaką jest np. czytanie. Kiedy przeskakujemy z jednego zadania na drugie, mózg potrzebuje kilku sekund, aby przestawić się na reguły potrzebne do wykonania drugiego zadania. Po powrocie do zadania pierwszego, musi z kolei przystosować się do niego.  Jeśli przeskakujemy w ten sposób często, w rezultacie tracimy sporo czasu na przestawianie działania mózgu. Można by wykorzystać ten czas bardziej produktywnie, na skuteczniejsze wykonanie jednego zadania. Więcej na ten temat w artykule Is Multitasking More Efficient? Shifting Mental Gears Costs Time, Especially When Shifting to Less Familiar Tasks.

Przeprowadzono również ciekawe badanie naukowe, mające na celu sprawdzenie, czy osoby, które często korzystając z mediów stosują multitasking, są bardziej efektywne. Czy multitasking jest czymś pozytywnym, atutem w dzisiejszym świecie, czy wręcz przeciwnie? Badaniu poddano ludzi, którzy często korzystają z multitaskingu, oraz tych, którzy unikają takich zachowań i skupiają się na wykonywaniu jednej czynności.  Okazało się, że multitaskerzy wypadli we wszystkich zadaniach znacznie gorzej, niż ich koledzy zajmujący się zazwyczaj jedną czynnością jednocześnie. Nie potrafili ignorować niepotrzebnych informacji, nie byli lepsi w zapamiętywaniu, ani też – nie potrafili szybciej i skuteczniej przeskakiwać z jednego zadania na drugie, choć mogłoby się wydawać, że właśnie w tym powinni być dobrzy. Więcej szczegółów w artykule Media multitaskers pay mental price, Stanford study shows.

Podsumowując, multitasking, czyli robienie jednocześnie kilku rzeczy, wymagających intelektualnego zaangażowania,  negatywnie wpływa na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Częste stosowanie tego typu zachowania może spowodować nawet nieodwracalne zmiany w mózgu, polegające na znacznym spadku koncentracji. Nawyki wykształcone podczas korzystania z Internetu są przenoszone na resztę życia. Czas, podczas którego możemy skoncentrować się na wykonywaniu jednej czynności, znacząco spada, i w rezultacie nie możemy skupić się np. na lekturze długiego artykuły naukowego czy opasłej książki. Multitasking jest szczególnie groźny dla młodych ludzi, których mózgi dopiero się kształtują.

Oczywiście krótki czas koncentracji jest również negatywną cechą dla studentów, do których adresuję cykl Back to School. Początkowo miał być poświęcony szczególnie poradom przydatnym adeptom filologii, lecz kiedy znalazłam na blogu poświęconym technikom uczenia się Study Hack artykuł o niebezpieczeństwach płynących z multitaskingu, uznałam, że to ważne zagadnienie, które powinno znaleźć się w moim poradniku. W odkryciach naukowców na ten temat jest bowiem dużo prawdy. Multitasking jest naprawdę niebezpieczny. Sama zauważyłam to na swoim przykładzie –  kiedy czytam papierową książkę i zaczynam się nudzić lekturą, przerywam ją i np. sprawdzam, ile mam stron do końca rozdziału, wertuję kartki, słowem, przenoszę nawyki z Internetu do mojego nieinternetowego świata. Postanowiłam wydać walkę multitaskingowi. Ale jak to zrobić?

Najprościej jest na czas nauki wyłączyć komputer i inne interaktywne urządzenia, jak komórka, odtwarzacz mp3, czy szacowne radio wraz z telewizją. Co jednak, jeśli musimy napisać artykuł na komputerze? Mogłabym oczywiście napisać wpis na mojego bloga na papierze, a potem go przepisać, ale po co dokładać sobie pracy? Wracając do tematu studiów, wykładowcy wymagają, aby eseje były napisane komputerowo, że nie wspomnę o pracy magisterskiej. Akurat w przypadku magisterium, pisałam częściowo pracę na papierze, po tym jak Open Office zeżarł jeden z moich rozdziałów, mimo, że co sekundę naciskałam “zapisz.” Najprostsze rozwiązania są najlepsze, więc na czas pisania artykułu na komputerze najlepiej po prostu wyłączyć dostęp do Internetu. Co jednak mają zrobić ci, którzy chcą skorzystać z mojej wczorajszej porady i wyszukiwać słówka w internetowych słownikach? Tego bez Internetu zrobić się nie da.

Może wyłączyć możliwość otwierania wielu kart w przeglądarkach? Jeśli będziemy mogli przeglądać tylko jedną stronę, inne nie będą kusiły. Ciekawym rozwiązaniem jest też wtyczka do przeglądarek Readability, która usuwa wszystkie rozpraszające elementy i upodabnia sieciowe witryny do strony z książki. Wymyśliłam, że skoro przeskakiwanie z jednego zadania na drugie staje się nawykiem, powinno starać się kształtować przeciwne nawyki. Jeśli czytasz artykuł, nie zaczynaj kolejnego, zanim go skończysz. Rozdział z książki przeczytaj w całości. Dopóki nie jest przeczytany, nie zajmuj się niczym innym. Jeśli będziemy się “tresować”, wydłużając okres koncentracji, być może uda się pokonać złe nawyki z Internetu?

Na koniec zamieszczę link do artykułu Jacka Dukaja o coraz krótszym czasie koncentracji i jak to wpływa na obcowanie z literaturą. Zapraszam do lektury tekstu o znamiennym tytule “Za długie, nie przeczytam…

Wednesday, September 28, 2011

Kilka słów o słownikach

 

Wczoraj napisałam trochę na temat słowników, ale było to zaledwie wprowadzenie. Słownik – najlepszy przyjaciel młodego filologa – jest niezbędnym wyposażeniem na studiach.  Najlepiej jest zaopatrzyć się w co najmniej dwa słowniki: zwykły słownik angielsko-angielski oraz słownik wymowy. Do czego jest potrzebny słownik wymowy, skoro każde słówko zawarte w zwykłym słowniku ma podaną transkrypcję fonetyczną? Na zajęciach z wymowy i fonetyki będą również testy polegające na zapisaniu transkrypcji oraz poprawnym wymówieniu przeróżnych nazw własnych, jak np. imiona, nazwiska sławnych ludzi i bohaterów literackich, części świata, kraje i ich stolice. Takich informacji często brakuje w “zwyczajnym” słowniku. Można co prawda poszukać wymowy tych nazw w Internecie, ale jednak słownik jest bardziej wiarygodnym źródłem. Słownik wymowy nie jest tani, ale można dostać zniżkę studencką. Zdecydowałam się na zakup tego słownika, zwłaszcza że w uczelnianej bibliotece była tylko jedna kopia, której nie wypożyczano do domu. Mając własny słownik, mogłam w domu poszukiwać w nim potrzebnych słówek i nazw własnych. Wydaje mi się, że warto mieć taki słownik na własność, szczególnie jeśli wiążesz swą zawodową przyszłość z językiem angielskim.

Jeśli chodzi o słownik angielsko-angielski, jest ich mnóstwo i wybór zależy w dużej mierze od Ciebie i Twoich potrzeb i upodobań. Oczywiście im grubszy słownik tym lepiej – taki zawiera więcej słówek. Dlatego przy zakupie słownika najlepiej kierować się jego tuszą Puszczam oczko i proporcją grubości do ceny. Jeśli nie masz dostępu do Internetu, najlepiej wybrać słownik, który ma dołączoną płytę CD do wydania papierowego – szybciej i bardziej komfortowo szuka się słówek za pomocą komputera. Mój słownik był to Oxford Advanced Learner’s Dictionary – na CD oprócz słownika były również interaktywne ćwiczenia gramatyczno-leksykalne i słownik postaci literackich i pojęć związanych z kulturą krajów anglojęzycznych, co, muszę przyznać, zadecydowało o wyborze tego właśnie słownika. Twój wybór może być inny, najważniejsze, aby dobrze Ci się pracowało z danym słownikiem.

Wczoraj wspomniałam o słownikach znajdujących się w Internecie. Jest ich tam całe mnóstwo. Czy wobec tego lepiej zaoszczędzić trochę grosza w niewielkim budżecie studenckim i nie kupować słownika w ogóle? Decyzja należy do Ciebie, jednak na niektórych zajęciach wymagany jest słownik, i to papierowy, a nie zawsze można liczyć na bibliotekę, która zazwyczaj ma znacznie mniejszą ilość egzemplarzy niż jest studentów.

Teraz przejdźmy do słowników internetowych. Jest ich naprawdę wiele, i co ważne, można z nich korzystać za darmo. A korzysta się naprawdę komfortowo. Nie trzeba pamiętać o żadnej płycie – a co za tym idzie, można ich używać także na pozbawionym napędu CD netbooku. Nie trzeba instalować dodatkowych programów, wystarczy jakakolwiek przeglądarka internetowa. Z płytą dołączoną do Oxford Advanced Learner’s Dictionary miałam trochę kłopotów – najpierw słownik nie chciał się zainstalować, potem okazało się, że działa tylko ze starszą wersją QuickTime Playera i aby to naprawić, trzeba było ściągnąć specjalną łatkę naprawiającą ten błąd.  Dlatego wkrótce okazało się, że najczęściej korzystam z internetowej wersji Longman Dictionary of Contemporary English. Słownik jest przyjazny dla użytkownika, w okienko wyszukiwania wpisujesz poszukiwane słówko, a lista wyników jest posegregowana wg części mowy – osobno rzeczownik, czasownik itp. jeśli dany wyraz może być zarówno czasownikiem i rzeczownikiem. Są też informacje dotyczące kultury anglojęzycznych krajów; można np. przeczytać krótką informację na temat Sherlocka Holmesa. Słownik poprawia też literówki; jeśli źle wpiszesz dany wyraz, pojawiają się sugestie poprawnej pisowni; po kliknięciu na jedną z nich od razu przenosisz się do definicji. Niektóre słowniki nie mają tej funkcji, więc jeśli nie zauważysz literówki, zwrócą tylko błąd, że nie ma takiego słowa, i musisz je wpisać poprawnie do wyszukiwarki słownika. Podpowiedzi w Longmanie ułatwiają życie i oszczędzają czas. Jedynym ograniczeniem w porównaniu do wersji na CD jest brak możliwości wysłuchania nagrania z wymową słówka. Nie musisz oczywiście korzystać z tego słownika internetowego. Chyba każde wydawnictwo słowników oferuje internetową wersję swoich słowników, choć nie wszystkich, bo np. takiej wersji nie ma słownik wymowy Longmana. Ale korzystanie ze słowników internetowych nie jest równoznaczne z używaniem słowników tworzonych przez amatorów lub innych mało wiarygodnych źródeł. Dzięki internetowi można mieć dostęp do wielu renomowanych słowników, oprócz słownika Longmana wersję internetową ma również Oxford Advanced Learner’s Dictionary, Macmillan, amerykański Merriam Webster. Te trzy są pozbawione wady Longmana, bowiem wszystkie mają funkcję odsłuchiwania wymowy. Na ich stronach można też znaleźć informacje typu słówko dnia, bardzo ciekawa jest strona Merriam Webster, gdzie można poczytać o najnowszych, świeżo powstałych słówkach.

Warto wspomnieć jeszcze o innych słownikach, niezwiązanych z domami wydawniczymi. Ciekawą stroną jest The Free Dictionary – nie tylko słownik, ale właściwie portal językowy, gdzie można zagrać w gry językowe, np. wisielca, przeczytać cytaty z literatury. Słownik poszukuje definicji w darmowych słownikach dostępnych w Internecie, więc do jednego słowa znajdziemy bardzo wiele różnych wersji definicji. Słownik ma bardzo przyjazną użytkownikowi funkcję poszukiwania synonimów i powiązanych z podanym słówkiem wyrazów; w tabeli Thesaurus znajdziemy zaznaczone na zielono synonimy, oraz oznaczone czerwoną kreską antonimy, które są trudniejsze do znalezienia od synonimów. Oprócz angielskiego jest jeszcze 13 różnych języków; z tych słowników wypróbowałam tylko niemiecki, który jest niemal równie przydatny, jak wersja angielska. W poszukiwaniu synonimów i antonimów korzystałam też z tego słownika, choć bardziej przydatny wydaje się być ten. Do szczególnie trudnych do odnalezienia słówek najlepszy jest Onelook Dictionary Search – nie jest to słownik, ale raczej aplikacja, która przeszukuje bazy danych wszystkich dostępnych w Internecie słowników Kciuki w górę . Następnie wyniki wyszukiwania są ułożone wg. słownika, w jakim dana definicja została odnaleziona; słowniki są również pogrupowane wg typu – najwięcej jest oczywiście słowników typu ogólnego, ale program przeszukuje również te specjalistyczne, jak np. medyczne, prawnicze, informatyczne, a fachowe definicje są również uwzględniane w wynikach wyszukiwania. Można chyba bez przesady stwierdzić, że to najlepszy wybór jeśli chodzi o wyszukiwanie słówek w Internecie. Zaoszczędza mnóstwo czasu – automatycznie przeszukuje wszystkie dostępne słowniki, od razy dając wynik. Natomiast gdy wyszukujesz słowo samodzielnie, po prostu sprawdzając po kolei w każdym znanym Ci słowniku, możesz zmarnować sporo czasu, jeśli okaże się, że w kilku słownikach pod rząd nie ma szukanego słówka. Najlepiej od razu szukać w Onelook – w wynikach wyszukiwania masz podane, z jakiego słownika pochodzi definicja, więc jeśli nie chcesz korzystać z tych tworzonych przez użytkowników, możesz z listy wyników wybrać słownik renomowanego wydawcy. Bardzo przydatną funkcją jest też ramka z krótką definicją i linkiem do pliku z nagraniem, przydatna, kiedy chcesz tylko szybko sprawdzić słówko, a nie przebijać się przez stosy definicji. Polecam!

Na koniec zabawny akcent – w ramach rozrywki i odpoczynku od poważnych lektur można zajrzeć do słownika slangu Urban Dictionary – znajdziemy tam wyrażenia z hip-hopowych hitów, żargon internautów itp. słowem wszystko, czego ze świecą szukać gdzie indziej. Jeśli nie rozumiesz swoich anglojęzycznych rówieśników, zajrzyj koniecznie!

Tuesday, September 27, 2011

Słowa, słowa, słowa … i słownik

 

Zapraszam do drugiej części poradnika Jak przetrwać na filologii. Dzisiaj zajmiemy się bardzo ważnym zagadnieniem: słówkami. Jeżeli nie lubisz uczyć się słówek, zapomnij o studiach językowych, gdyż przyswajanie nowych wyrazów w ogromnych ilościach na tym kierunku jest chlebem powszednim. Jednak wygląda to zupełnie inaczej niż na lekcjach języka obcego w liceum. W inny sposób należy się słówek uczyć, i również inna jest forma sprawdzania ich znajomości.

W liceum test ze słówek sprowadzał się do podania polskiego odpowiednika słówka angielskiego lub vice versa. Natomiast na anglistyce, do czasu kiedy będziesz miał zajęcia z tłumaczeń, możesz zapomnieć o słowniku angielsko-polskim i polsko-angielskim. Korzystanie z tego rodzaju słownika nie przygotuje Cię do rozwiązywania zadań, jakie pojawiają się na kolokwiach. Najważniejszą różnicą jest to, że nie używa się w ogóle polskich tłumaczeń słówek. Zadania testowe związane ze słownictwem obejmują przede wszystkim podawanie definicji słówka – po angielsku! – jego synonimów lub/i antonimów, może również pojawić się polecenie napisania zdania z podanym słówkiem, tak, aby jego znaczenia można było domyślić się z kontekstu. Mogą być również zdania z luką, gdzie należy wpisać odpowiedni wyraz, pasujący do reszty. Odmianą tego ćwiczenia, które mnie osobiście bardzo stresowało, jest zdanie z brakującym słówkiem, które oznaczone jest za pomocą małych kreseczek – jedna kreseczka odpowiada jednej literze, a zadaniem rozwiązującego jest dobranie słówka pasującego znaczeniowo i posiadającego podaną liczbę liter. Czasami są podane niektóre litery z poszukiwanego słówka. Nie ma się co obawiać, gdyż słówka nie są wzięte z kosmosu ani według widzimisię wykładowcy, ale pochodzą z wcześniej przerabianych na zajęciach tekstów. Istnieje więc możliwość rzetelnego przygotowania się do takiego testu.

W tym celu należy zaopatrzyć się w odpowiedni słownik. Aby umieć podać znaczenie słówka – często wcześniej nieznanego – w formie definicji w języku angielskim, trzeba najpierw z taką definicją się zapoznać. Dostarczają je właśnie słowniki jednojęzyczne. W tych słownikach – zamiast tłumaczenia wyrazu na obcy język – znajduje się właśnie definicja słówka, czyli jego znaczenie jest wyjaśnione za pomocą innych słówek w tym samym języku Uśmiech Takie słowniki mamy też w języku polskim – wystarczy sięgnąć do słownika języka polskiego, aby zobaczyć, o co chodzi z tymi definicjami. Spójrzmy na ten przykład:

Słownik Języka Polskiego PWN napisał:

blog «dziennik prowadzony przez internautę na stronach WWW»

W słowniku angielsko-angielskim znaczenie każdego słówka jest wyjaśnione po angielsku, z tym że słówka użyte w definicji są nieco prostsze niż słowo kluczowe. Takiej właśnie definicji musisz nauczyć się na kolokwia; oczywiście nie chodzi tu o wykucie definicji z jednego, konkretnego słownika na pamięć i powielanie jej na teście; każdy słownik definiuje dane słówko trochę innymi słowami Uśmiech - chodzi o wykazanie się zrozumieniem danego wyrazu i umiejętnością wyjaśnienia jego znaczenia, używając poprawnego gramatycznie języka angielskiego. Jeśli chodzi o synonimy i antonimy, czasami są one podane przy słowie kluczowym w słowniku, zazwyczaj na koniec definicji. Jednak nie zawsze tak się dzieje i często trzeba szukać ich gdzie indziej.

Teraz przyjrzyjmy się angielskiej definicji bloga.

Internetowa wersja Longman Dictionary of Contemporary English definiuje go tak:

blog [countable]

a web page that is made up of information about a particular subject, in which the newest information is always at the top of the page [= web log]

Typowy wpis w słowniku wygląda zazwyczaj tak: słowo kluczowe (czyli to, które jest definiowane), wyboldowane, transkrypcja fonetyczna (wyjaśnia jak należy wymawiać dane słówko za pomocą symboli fonetycznych, których również koniecznie trzeba się nauczyć), symbol, jaką częścią mowy jest dane słówko, czy jest policzalne/niepoliczalne (rzeczowniki), przechodnie/nieprzechodnie (czasowniki), a następnie definicja. Zazwyczaj jedno słówko może mieć kilka znaczeń; podane są one począwszy od najbardziej dosłownego lub najczęstszego znaczenia aż do znaczeń pobocznych. Na końcu definicji znajdziemy synonimy lub/i antonimy (ale jak już wspominałam, nie zawsze), wyrazy pochodne od danego słowa, które nie są już opisane w odrębnych wpisach, idiomy, przysłowia z tym słówkiem, oraz w przypadku czasowników phrasal verbs.

Które z tych znaczeń powinniśmy opanować na kolokwium? Najlepiej zajrzeć jest do tekstu z zajęć, w którym pojawiło się dane słówko, przeczytać uważnie fragment zawierający to słówko, a następnie definicje słownikowe. Która najlepiej opisuje znacznie słówka w kontekście czytanki? Czy w tekście słowo jest użyte jako czasownik czy rzeczownik? (Wiele słów angielskich może być zarówno jednym, jak i drugim, bez zmiany formy) A może poszukiwany jest phrasal verb? W przypadku krótkich definicji – dwa czy trzy znaczenia – można nauczyć się jej w całości. Znalezione definicje zapisujemy. Najwygodniej jest robić to za pomocą komputera. Uczyłam się w ten sposób, że sporządzałam listy słówek w pliku tekstowym, zazwyczaj Worda, a następnie do każdego słówka szukałam definicji. Jeśli trudno Ci się skoncentrować przy komputerze, podczas lektury tekstów, z których słówka będą na teście,  zapisuj je na specjalnej kartce; po przeczytaniu wszystkich tekstów i wybraniu słówek do sprawdzenia, włącz komputer i poszukaj tych właśnie słówek. I uwaga – nie należy ograniczać się tylko do tych słówek, na które jakąś szczególną uwagę zwrócił nauczyciel; oczywiście są one ważne, ale na teście mogą pojawić się również inne, znajdujące się w danym tekście. Spróbuj samodzielnie zdefiniować pozostałe słówka z tekstu, inne niż te, które były omawiane na zajęciach. Jeśli “czujesz” co znaczy dane słowo, ale nie umiesz go zdefiniować, sprawdź w słowniku i ucz się go tak jak innych. Niektóre pytania na kolokwiach potrafią naprawdę zaskoczyć!

Jutro poruszę bardziej szczegółowo temat słowników, zwłaszcza tych, które można odnaleźć w Internecie. Choć Internet może rozpraszać i odciągać od nauki, właściwie używany jest niezbędnym pomocnikiem młodego adepta filologii.