2012 Reading Challenge

2012 Reading Challenge
Wiktoria has read 20 books toward her goal of 52 books.
hide

Friday, September 30, 2011

Write Good or Die–Scott Nicholson

 

Książka, a właściwie e-book Write Good or Die, jest zbiorem artykułów i esejów na temat pisarstwa. Książkę ściągnęłam jako darmowy e-book z Kindle Store, i w przeciwieństwie do innych e-booków, które są dostępne bezpłatnie tylko przez określony czas, nadal da się ją ściągnąć za darmo. Istnieje też blog poświęcony książce, z którego można pobrać jej wersję w PDF.

E-book zawiera artykuły, które można odnaleźć na blogach poszczególnych autorów, dlatego chyba jest pozycją darmową, trudno byłoby bowiem oczekiwać, że ludzie będą płacić za coś, co mogą przeczytać na ogólnie dostępnych stronach internetowych. Autorami esejów są pisarze oraz jeden krytyk literacki. Wyboru dokonał właśnie Scott Nicholson, również pisarz, który napisał do książki wstęp, posłowie i parę artykułów. Mimo, że wszyscy twórcy artykułów są pisarzami, nigdy wcześniej o nich nie słyszałam ani tym bardziej nie czytałam ich książek. Nie są to bowiem autorzy o światowej sławie. Jednak warto sięgnąć po e-booka, jest on bowiem ciekawą lekturą. Artykuły są napisane w interesujący sposób, często pojawiają się bezpośrednie zwroty do czytelnika, kierowane do niego pytania, co upodabnia je trochę do rozmowy z autorami. Teksty mają też w sobie dużo humoru, co sprawia, że świetnie się je czyta, choć są też takie, które mogą trochę nudzić. Szczególnie dotyczy to artykułów poświęconych publikacji, może dlatego, że zawartych tam rad nie da się od razu wypróbować w praktyce. Jednak i tam można przeczytać coś ciekawego. Z części poświęconej publikacji i biznesowej stronie pisarstwa dowiedziałam się na przykład, że można za darmo założyć sobie własny newsletter, z czego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy.

Książka składa się z trzech części; pierwsza poświęcona jest bardziej ogólnym esejom na temat twórczości, druga zawiera wskazówki warsztatowe, a ostatnia – dotyczące biznesu pisarskiego. Ostatni artykuł kończy się, kiedy mamy przeczytane 79% e-booka – resztę elektronicznej książki stanowią niestety biogramy autorów esejów, a następnie możemy przeczytać krótkie streszczenia powieści Nicholsona. Trochę to rozczarowuje, bo prawie 20% książki zajmują informacje nie będące właściwie jej treścią. Ale przecież e-book jest darmowy, więc chyba nie ma co narzekać.

Najbardziej zaciekawiły mnie części pierwsza i druga. Postaram się przedstawić myśli, porady z artykułów z tych właśnie rozdziałów, specjalnie dla czytelników, którzy nie znają angielskiego na tyle dobrze, aby samodzielnie przeczytać książkę.

W If I Only Had The Time Kevin J. Anderson rozprawia się z mitem, popularnym wśród czytelników, jakoby pisarstwo było zajęciem dla każdego. Tytuł eseju pochodzi z częstych wypowiedzi ludzi, którzy uważają, że napisanie książki to nic trudnego, mogliby to zrobić, gdyby tylko mieli czas. Anderson porównuje pisarstwo do sportu olimpijskiego – widzowie transmisji olimpijskich nie łudzą się, że mogliby też wystąpić, więc czemu uważają, że z pisarstwem jest inaczej? Heather Graham doradza, że w pisarstwie najważniejsza jest umiejętność opowiedzenia ciekawej historii, która zainteresuje czytelnika. Przydatna rada znajduje się w artykule Mur Lafferty It’s OK to Suck – rzeczą, która bardzo przeszkadza początkującym pisarzom w tworzeniu, są ich zbyt wysokie oczekiwania co do własnych utworów. Wielu chce za pierwszym razem napisać arcydzieło. Należy pogodzić się z tym, że pierwsze dzieła będą bezwartościowe, i dać sobie prawo do pisania nawet byle czego – jeśli nie zaczniemy pisać, nie przejmując się jakością, nigdy nie zrobimy żadnych postępów na pisarskiej drodze. Scott Nicholson w artykule Nurture Your Inner Hack radzi, aby wziąć przykład z autorów popularnych powieści, w których utworach od razu coś się dzieje, zamiast np. z detalami opisywać wygląd postaci. Kristine Kathryn Rusch w obszernym artykule pokazuje, jak pokonywać pokusy, które odciągają od pisania. Można podsumować go w ten sposób, że jeśli robimy coś, co naprawdę kochamy, rozproszenia nie będą nam przeszkadzać. Harley Jane Kozak napisała krótki esej na temat Nanowrimo – nie ma w nim właściwie żadnych porad, ale jest bardzo zabawny i warto go przeczytać ze względu na zawartą w nim dawkę humoru. Robert Kroese stwierdza rzecz wydaje się oczywistą – napisz książkę, jaką sam chciałbyś przeczytać;  żadnego podlizywania się czytelnikom, prób utrafienia w zapotrzebowanie rynku – czytelnicy od razu wyczują fałsz. MJ Rose dzieli się z odbiorcami informacją, ile razy jej utwory zostały odrzucone, aby zachęcić ich do wytrwałości i nie zrażania się nawet wieloma porażkami. Kristine Kathryn Rusch próbuje określić, czym jest sukces i wykazuje, że słownikowa definicja tego zjawiska często rozmija się z życiem, a pojęcie sukcesu właściwie dla każdego człowieka może oznaczać coś innego.

Najciekawszy jest jednak rozdział poświęcony wskazówkom warsztatowym. Alexandra Sokoloff pokazuje jak napisać premise, czyli jednozdaniowe streszczenie powieści, zawierające informacje o protagoniście, antagoniście,  świecie przedstawionym utworu, konflikcie i jego stawce, oraz nawiązanie do rozwoju akcji. Oczywiście nie ujawniamy zakończenia.  Przykłady tego typu tekstów można przeczytać w gazecie z programem telewizyjnym – tak bowiem tworzone są wydrukowane tam opisy filmów. Gayle Lynds opisuje, jak przeprowadzała research do jednej ze swoich książek – według pisarki, kluczem jest tu entuzjazm pisarza do opisywanego tematu. Tylko autor zafascynowany tematem, o którym pisze, może przekazać swoją fascynację czytelnikowi, a o to przecież chodzi. Rada Brandona Masseya przypomina wcześniejszy artykuł Mur Lafferty – pierwsza powieść, jaką napiszemy, będzie prawdopodobnie okropna, jednak nie należy się tym zrażać, lecz potraktować ją jako konieczne ćwiczenie pisarskie. W ten sposób uczymy się też, jak kończyć rozpoczęte utwory, co wg Masseya jest najważniejszą umiejętnością. Pouczający jest artykuł Scotta Nicholsona Seven Bad Habits of Highly Ineffective Writers, który omawia właśnie siedem pisarskich błędów. Część z uwag Nicholsona odnosi się do specyfiki języka angielskiego, jednak większość jest uniwersalna. Autor radzi, aby nie nadużywać przysłówków, które spowalniają akcję, oraz wykrzykników – intencja postaci powinna wynikać z samej jej wypowiedzi. Jeśli wybierzesz dla swojej powieści dany POV, musisz się go trzymać i nie przeskakiwać nagle z jednego POV do drugiego. Należy również unikać dystansu, czyli pisania zdań typu: Usłyszał coś, co wydawało mu się być stadem rozpędzonych słoni. Lepiej napisać: W oddali przebiegło stado słoni. Jeśli właściwie zastosujemy punkt widzenia, nie trzeba będzie co chwilę powtarzać, że coś usłyszał, zobaczył właśnie nasz bohater. Więcej o POV dowiemy się od Davida J. Montgomery’ego, który referuje wykład innego pisarza, Davida Morella. Wg tego literata, wybór punktu widzenia jest jedną z najważniejszych decyzji podczas pisania. Należy unikać narracji trzecioosobowej wszechwiedzącej – ten styl pisania, popularny w XIX w. jest już uważany za przestarzały i może zanudzić czytelnika. Najbardziej optymalny jest narracja trzecioosobowa z punktu widzenia jednego, wybranego bohatera. Jonathan Maberry wyjaśnia, na czym polega struktura trójaktowa i omawia ją na przykładzie Czarnoksiężnika z Oz. Pierwszy akt wprowadza protagonistę i zawiązuje konflikt, kończąc się, kiedy bohater podejmuje nieodwracalną decyzję. Drugi – przedstawia relacje głównego bohatera z postaciami pobocznymi, jego etap końcowy to decyzja bohatera o podjęciu działania, które jego zdaniem doprowadzi do pomyślnego rozwiązania konfliktu. Trzeci akt kieruje się w stronę rozwiązania konfliktu – na korzyść lub niekorzyść protagonisty. Zazwyczaj przeżywa on przemianę w trakcie trwania utworu. Alexandra Sokoloff radzi, aby każdy utwór miał swoją symbolikę; pisarka przed rozpoczęciem tworzenia sporządza listy słów kluczowych dla danej powieści. W swoim kolejnym artykule Scott Nicholson pisze o dialogach – najważniejsze jest to, aby dialogi wprowadzały ważne informacje do utworu, posuwały akcję do przodu, słowem: aby miały rolę do spełnienia, a nie polegały tylko na niepotrzebnym gadaniu. Rozdział o warsztacie twórczym kończy się esejem Deana Wesleya Smitha, który radzi, aby pisać tylko o tym, co jest naszą prawdziwą pasją, a dopiero po ukończeniu dzieła martwić się, czy i jak sprzedać utwór. Nigdy też nie należy nikomu pozwalać, aby mówił nam, co i jak mamy pisać.

Opisałam tylko część artykułów zawartych w książce, wybierając moim zdaniem najciekawsze. Jednak każdego może zainteresować coś innego, więc zachęcam do sięgnięcia po e-booka, zwłaszcza, że jest on darmowy. Miłej lektury!

Thursday, September 29, 2011

Multitasking, czyli ze strony na stronę

 

Wszystko zaczęło się w 2004 roku. Wtedy to na internetowym świecie pojawiła się nowa przeglądarka – Mozilla Firefox. O programie dowiedziałam się chyba z prasy komputerowej, którą do dzisiaj bardzo chętnie czytam. Ponieważ recenzje były pozytywne, postanowiłam wypróbować owego Firefoxa. Okazało się, że aplikacja ma rewolucyjną funkcję – w oknie przeglądarki można było otworzyć jednocześnie kilka, a nawet kilkanaście stron w tzw. kartach. Co więcej, sprytny program zapamiętywał otwarte strony i po włączeniu komputera i następnie uruchomieniu Firefoxa, pokazywały się te same, ostatnio oglądane strony, dzięki czemu można było wrócić np. do przerwanej lektury. Te nowe funkcje były naprawdę niesamowite! Internet Explorer, którego używałam, nie oferował takich opcji. Po kliknięciu na link, albo otwierał go w nowym oknie – a dużo okien po prostu zaśmiecało pulpit – albo po prostu zamiast dotychczasowej strony, tak że to, co wcześniej czytałam, znikało, była tylko nowa strona, do której zaprowadził mnie odnośnik. Teraz zaś, dzięki Firefoxowi, jeśli podczas czytania natrafiłam na ciekawy link, po prostu wybierałam opcję “otwórz w nowej karcie” i tam też czekał na mnie nowy artykuł. To było fantastyczne! Od tej pory, po każdym surfowaniu po Internecie miałam kilkanaście otwartych kart, i nie wyobrażałam już sobie korzystania z prymitywnego IE, który nie potrafił obsługiwać takiej funkcji.

Dzisiaj każda przeglądarka umie otwierać strony internetowe w kartach, nawet wspomniany Internet Explorer. Ale wtedy była to prawdziwa rewolucja. Można powiedzieć, że w znacznym stopniu wpłynęła na życie internautów. Teraz nikt nie wyobraża już sobie, że  trzeba oglądać jednocześnie tylko jedną stronę internetową. Zawsze są otwarte jakieś karty, a na każdej ciekawe artykuły. Jeśli jeden mnie zanudzi, zawsze mogę przeskoczyć na inny, który mam w sąsiedniej karcie. A przecież otwartych jest ich kilkanaście!Można skakać w te i nazad, nie tylko pomiędzy artykułami, ale także filmikami z Youtube czy fanowskimi ilustracjami z Deviantarta! Co za możliwości! Nie musi się już mozolnie czytać jednego artykułu do końca, można przeczytać kawałek, potem trochę innego, następny w całości, a na koniec wrócić do pierwszego. Teraz zawsze mam otwarte kilkanaście kart w mojej przeglądarce, a często uruchamiam dwie przeglądarki, każda z kilkunastoma otwartymi kartami. Do tego piszę bloga, słucham muzyki, czytam e-booki… Często skaczę z karty na kartę, nawet nie czytając otwartych stron, ale po prostu tylko przeskakując, szukając inspiracji. Dla nowoczesnego komputera z wydajnym procesorem i dużą ilością RAM to żaden problem. Ale czy jest to dobre dla nas, ludzi?

Okazuje się, że nie. Właściwie, multitasking jest nawet szkodliwy. W każdym razie, tylko wydaje się nam, że robiąc wiele rzeczy na raz na komputerze oszczędzamy czas. Faktycznie jest zupełnie inaczej. Jeśli jednocześnie piszemy, sprawdzamy pocztę, Facebooka, Twittera, czytamy artykuły, wcale nie robimy tych rzeczy szybciej. Mózg może efektywnie wykonywać jednocześnie tylko jedną czynność wymagającą przetwarzania informacji, jaką jest np. czytanie. Kiedy przeskakujemy z jednego zadania na drugie, mózg potrzebuje kilku sekund, aby przestawić się na reguły potrzebne do wykonania drugiego zadania. Po powrocie do zadania pierwszego, musi z kolei przystosować się do niego.  Jeśli przeskakujemy w ten sposób często, w rezultacie tracimy sporo czasu na przestawianie działania mózgu. Można by wykorzystać ten czas bardziej produktywnie, na skuteczniejsze wykonanie jednego zadania. Więcej na ten temat w artykule Is Multitasking More Efficient? Shifting Mental Gears Costs Time, Especially When Shifting to Less Familiar Tasks.

Przeprowadzono również ciekawe badanie naukowe, mające na celu sprawdzenie, czy osoby, które często korzystając z mediów stosują multitasking, są bardziej efektywne. Czy multitasking jest czymś pozytywnym, atutem w dzisiejszym świecie, czy wręcz przeciwnie? Badaniu poddano ludzi, którzy często korzystają z multitaskingu, oraz tych, którzy unikają takich zachowań i skupiają się na wykonywaniu jednej czynności.  Okazało się, że multitaskerzy wypadli we wszystkich zadaniach znacznie gorzej, niż ich koledzy zajmujący się zazwyczaj jedną czynnością jednocześnie. Nie potrafili ignorować niepotrzebnych informacji, nie byli lepsi w zapamiętywaniu, ani też – nie potrafili szybciej i skuteczniej przeskakiwać z jednego zadania na drugie, choć mogłoby się wydawać, że właśnie w tym powinni być dobrzy. Więcej szczegółów w artykule Media multitaskers pay mental price, Stanford study shows.

Podsumowując, multitasking, czyli robienie jednocześnie kilku rzeczy, wymagających intelektualnego zaangażowania,  negatywnie wpływa na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Częste stosowanie tego typu zachowania może spowodować nawet nieodwracalne zmiany w mózgu, polegające na znacznym spadku koncentracji. Nawyki wykształcone podczas korzystania z Internetu są przenoszone na resztę życia. Czas, podczas którego możemy skoncentrować się na wykonywaniu jednej czynności, znacząco spada, i w rezultacie nie możemy skupić się np. na lekturze długiego artykuły naukowego czy opasłej książki. Multitasking jest szczególnie groźny dla młodych ludzi, których mózgi dopiero się kształtują.

Oczywiście krótki czas koncentracji jest również negatywną cechą dla studentów, do których adresuję cykl Back to School. Początkowo miał być poświęcony szczególnie poradom przydatnym adeptom filologii, lecz kiedy znalazłam na blogu poświęconym technikom uczenia się Study Hack artykuł o niebezpieczeństwach płynących z multitaskingu, uznałam, że to ważne zagadnienie, które powinno znaleźć się w moim poradniku. W odkryciach naukowców na ten temat jest bowiem dużo prawdy. Multitasking jest naprawdę niebezpieczny. Sama zauważyłam to na swoim przykładzie –  kiedy czytam papierową książkę i zaczynam się nudzić lekturą, przerywam ją i np. sprawdzam, ile mam stron do końca rozdziału, wertuję kartki, słowem, przenoszę nawyki z Internetu do mojego nieinternetowego świata. Postanowiłam wydać walkę multitaskingowi. Ale jak to zrobić?

Najprościej jest na czas nauki wyłączyć komputer i inne interaktywne urządzenia, jak komórka, odtwarzacz mp3, czy szacowne radio wraz z telewizją. Co jednak, jeśli musimy napisać artykuł na komputerze? Mogłabym oczywiście napisać wpis na mojego bloga na papierze, a potem go przepisać, ale po co dokładać sobie pracy? Wracając do tematu studiów, wykładowcy wymagają, aby eseje były napisane komputerowo, że nie wspomnę o pracy magisterskiej. Akurat w przypadku magisterium, pisałam częściowo pracę na papierze, po tym jak Open Office zeżarł jeden z moich rozdziałów, mimo, że co sekundę naciskałam “zapisz.” Najprostsze rozwiązania są najlepsze, więc na czas pisania artykułu na komputerze najlepiej po prostu wyłączyć dostęp do Internetu. Co jednak mają zrobić ci, którzy chcą skorzystać z mojej wczorajszej porady i wyszukiwać słówka w internetowych słownikach? Tego bez Internetu zrobić się nie da.

Może wyłączyć możliwość otwierania wielu kart w przeglądarkach? Jeśli będziemy mogli przeglądać tylko jedną stronę, inne nie będą kusiły. Ciekawym rozwiązaniem jest też wtyczka do przeglądarek Readability, która usuwa wszystkie rozpraszające elementy i upodabnia sieciowe witryny do strony z książki. Wymyśliłam, że skoro przeskakiwanie z jednego zadania na drugie staje się nawykiem, powinno starać się kształtować przeciwne nawyki. Jeśli czytasz artykuł, nie zaczynaj kolejnego, zanim go skończysz. Rozdział z książki przeczytaj w całości. Dopóki nie jest przeczytany, nie zajmuj się niczym innym. Jeśli będziemy się “tresować”, wydłużając okres koncentracji, być może uda się pokonać złe nawyki z Internetu?

Na koniec zamieszczę link do artykułu Jacka Dukaja o coraz krótszym czasie koncentracji i jak to wpływa na obcowanie z literaturą. Zapraszam do lektury tekstu o znamiennym tytule “Za długie, nie przeczytam…

Wednesday, September 28, 2011

Kilka słów o słownikach

 

Wczoraj napisałam trochę na temat słowników, ale było to zaledwie wprowadzenie. Słownik – najlepszy przyjaciel młodego filologa – jest niezbędnym wyposażeniem na studiach.  Najlepiej jest zaopatrzyć się w co najmniej dwa słowniki: zwykły słownik angielsko-angielski oraz słownik wymowy. Do czego jest potrzebny słownik wymowy, skoro każde słówko zawarte w zwykłym słowniku ma podaną transkrypcję fonetyczną? Na zajęciach z wymowy i fonetyki będą również testy polegające na zapisaniu transkrypcji oraz poprawnym wymówieniu przeróżnych nazw własnych, jak np. imiona, nazwiska sławnych ludzi i bohaterów literackich, części świata, kraje i ich stolice. Takich informacji często brakuje w “zwyczajnym” słowniku. Można co prawda poszukać wymowy tych nazw w Internecie, ale jednak słownik jest bardziej wiarygodnym źródłem. Słownik wymowy nie jest tani, ale można dostać zniżkę studencką. Zdecydowałam się na zakup tego słownika, zwłaszcza że w uczelnianej bibliotece była tylko jedna kopia, której nie wypożyczano do domu. Mając własny słownik, mogłam w domu poszukiwać w nim potrzebnych słówek i nazw własnych. Wydaje mi się, że warto mieć taki słownik na własność, szczególnie jeśli wiążesz swą zawodową przyszłość z językiem angielskim.

Jeśli chodzi o słownik angielsko-angielski, jest ich mnóstwo i wybór zależy w dużej mierze od Ciebie i Twoich potrzeb i upodobań. Oczywiście im grubszy słownik tym lepiej – taki zawiera więcej słówek. Dlatego przy zakupie słownika najlepiej kierować się jego tuszą Puszczam oczko i proporcją grubości do ceny. Jeśli nie masz dostępu do Internetu, najlepiej wybrać słownik, który ma dołączoną płytę CD do wydania papierowego – szybciej i bardziej komfortowo szuka się słówek za pomocą komputera. Mój słownik był to Oxford Advanced Learner’s Dictionary – na CD oprócz słownika były również interaktywne ćwiczenia gramatyczno-leksykalne i słownik postaci literackich i pojęć związanych z kulturą krajów anglojęzycznych, co, muszę przyznać, zadecydowało o wyborze tego właśnie słownika. Twój wybór może być inny, najważniejsze, aby dobrze Ci się pracowało z danym słownikiem.

Wczoraj wspomniałam o słownikach znajdujących się w Internecie. Jest ich tam całe mnóstwo. Czy wobec tego lepiej zaoszczędzić trochę grosza w niewielkim budżecie studenckim i nie kupować słownika w ogóle? Decyzja należy do Ciebie, jednak na niektórych zajęciach wymagany jest słownik, i to papierowy, a nie zawsze można liczyć na bibliotekę, która zazwyczaj ma znacznie mniejszą ilość egzemplarzy niż jest studentów.

Teraz przejdźmy do słowników internetowych. Jest ich naprawdę wiele, i co ważne, można z nich korzystać za darmo. A korzysta się naprawdę komfortowo. Nie trzeba pamiętać o żadnej płycie – a co za tym idzie, można ich używać także na pozbawionym napędu CD netbooku. Nie trzeba instalować dodatkowych programów, wystarczy jakakolwiek przeglądarka internetowa. Z płytą dołączoną do Oxford Advanced Learner’s Dictionary miałam trochę kłopotów – najpierw słownik nie chciał się zainstalować, potem okazało się, że działa tylko ze starszą wersją QuickTime Playera i aby to naprawić, trzeba było ściągnąć specjalną łatkę naprawiającą ten błąd.  Dlatego wkrótce okazało się, że najczęściej korzystam z internetowej wersji Longman Dictionary of Contemporary English. Słownik jest przyjazny dla użytkownika, w okienko wyszukiwania wpisujesz poszukiwane słówko, a lista wyników jest posegregowana wg części mowy – osobno rzeczownik, czasownik itp. jeśli dany wyraz może być zarówno czasownikiem i rzeczownikiem. Są też informacje dotyczące kultury anglojęzycznych krajów; można np. przeczytać krótką informację na temat Sherlocka Holmesa. Słownik poprawia też literówki; jeśli źle wpiszesz dany wyraz, pojawiają się sugestie poprawnej pisowni; po kliknięciu na jedną z nich od razu przenosisz się do definicji. Niektóre słowniki nie mają tej funkcji, więc jeśli nie zauważysz literówki, zwrócą tylko błąd, że nie ma takiego słowa, i musisz je wpisać poprawnie do wyszukiwarki słownika. Podpowiedzi w Longmanie ułatwiają życie i oszczędzają czas. Jedynym ograniczeniem w porównaniu do wersji na CD jest brak możliwości wysłuchania nagrania z wymową słówka. Nie musisz oczywiście korzystać z tego słownika internetowego. Chyba każde wydawnictwo słowników oferuje internetową wersję swoich słowników, choć nie wszystkich, bo np. takiej wersji nie ma słownik wymowy Longmana. Ale korzystanie ze słowników internetowych nie jest równoznaczne z używaniem słowników tworzonych przez amatorów lub innych mało wiarygodnych źródeł. Dzięki internetowi można mieć dostęp do wielu renomowanych słowników, oprócz słownika Longmana wersję internetową ma również Oxford Advanced Learner’s Dictionary, Macmillan, amerykański Merriam Webster. Te trzy są pozbawione wady Longmana, bowiem wszystkie mają funkcję odsłuchiwania wymowy. Na ich stronach można też znaleźć informacje typu słówko dnia, bardzo ciekawa jest strona Merriam Webster, gdzie można poczytać o najnowszych, świeżo powstałych słówkach.

Warto wspomnieć jeszcze o innych słownikach, niezwiązanych z domami wydawniczymi. Ciekawą stroną jest The Free Dictionary – nie tylko słownik, ale właściwie portal językowy, gdzie można zagrać w gry językowe, np. wisielca, przeczytać cytaty z literatury. Słownik poszukuje definicji w darmowych słownikach dostępnych w Internecie, więc do jednego słowa znajdziemy bardzo wiele różnych wersji definicji. Słownik ma bardzo przyjazną użytkownikowi funkcję poszukiwania synonimów i powiązanych z podanym słówkiem wyrazów; w tabeli Thesaurus znajdziemy zaznaczone na zielono synonimy, oraz oznaczone czerwoną kreską antonimy, które są trudniejsze do znalezienia od synonimów. Oprócz angielskiego jest jeszcze 13 różnych języków; z tych słowników wypróbowałam tylko niemiecki, który jest niemal równie przydatny, jak wersja angielska. W poszukiwaniu synonimów i antonimów korzystałam też z tego słownika, choć bardziej przydatny wydaje się być ten. Do szczególnie trudnych do odnalezienia słówek najlepszy jest Onelook Dictionary Search – nie jest to słownik, ale raczej aplikacja, która przeszukuje bazy danych wszystkich dostępnych w Internecie słowników Kciuki w górę . Następnie wyniki wyszukiwania są ułożone wg. słownika, w jakim dana definicja została odnaleziona; słowniki są również pogrupowane wg typu – najwięcej jest oczywiście słowników typu ogólnego, ale program przeszukuje również te specjalistyczne, jak np. medyczne, prawnicze, informatyczne, a fachowe definicje są również uwzględniane w wynikach wyszukiwania. Można chyba bez przesady stwierdzić, że to najlepszy wybór jeśli chodzi o wyszukiwanie słówek w Internecie. Zaoszczędza mnóstwo czasu – automatycznie przeszukuje wszystkie dostępne słowniki, od razy dając wynik. Natomiast gdy wyszukujesz słowo samodzielnie, po prostu sprawdzając po kolei w każdym znanym Ci słowniku, możesz zmarnować sporo czasu, jeśli okaże się, że w kilku słownikach pod rząd nie ma szukanego słówka. Najlepiej od razu szukać w Onelook – w wynikach wyszukiwania masz podane, z jakiego słownika pochodzi definicja, więc jeśli nie chcesz korzystać z tych tworzonych przez użytkowników, możesz z listy wyników wybrać słownik renomowanego wydawcy. Bardzo przydatną funkcją jest też ramka z krótką definicją i linkiem do pliku z nagraniem, przydatna, kiedy chcesz tylko szybko sprawdzić słówko, a nie przebijać się przez stosy definicji. Polecam!

Na koniec zabawny akcent – w ramach rozrywki i odpoczynku od poważnych lektur można zajrzeć do słownika slangu Urban Dictionary – znajdziemy tam wyrażenia z hip-hopowych hitów, żargon internautów itp. słowem wszystko, czego ze świecą szukać gdzie indziej. Jeśli nie rozumiesz swoich anglojęzycznych rówieśników, zajrzyj koniecznie!

Tuesday, September 27, 2011

Słowa, słowa, słowa … i słownik

 

Zapraszam do drugiej części poradnika Jak przetrwać na filologii. Dzisiaj zajmiemy się bardzo ważnym zagadnieniem: słówkami. Jeżeli nie lubisz uczyć się słówek, zapomnij o studiach językowych, gdyż przyswajanie nowych wyrazów w ogromnych ilościach na tym kierunku jest chlebem powszednim. Jednak wygląda to zupełnie inaczej niż na lekcjach języka obcego w liceum. W inny sposób należy się słówek uczyć, i również inna jest forma sprawdzania ich znajomości.

W liceum test ze słówek sprowadzał się do podania polskiego odpowiednika słówka angielskiego lub vice versa. Natomiast na anglistyce, do czasu kiedy będziesz miał zajęcia z tłumaczeń, możesz zapomnieć o słowniku angielsko-polskim i polsko-angielskim. Korzystanie z tego rodzaju słownika nie przygotuje Cię do rozwiązywania zadań, jakie pojawiają się na kolokwiach. Najważniejszą różnicą jest to, że nie używa się w ogóle polskich tłumaczeń słówek. Zadania testowe związane ze słownictwem obejmują przede wszystkim podawanie definicji słówka – po angielsku! – jego synonimów lub/i antonimów, może również pojawić się polecenie napisania zdania z podanym słówkiem, tak, aby jego znaczenia można było domyślić się z kontekstu. Mogą być również zdania z luką, gdzie należy wpisać odpowiedni wyraz, pasujący do reszty. Odmianą tego ćwiczenia, które mnie osobiście bardzo stresowało, jest zdanie z brakującym słówkiem, które oznaczone jest za pomocą małych kreseczek – jedna kreseczka odpowiada jednej literze, a zadaniem rozwiązującego jest dobranie słówka pasującego znaczeniowo i posiadającego podaną liczbę liter. Czasami są podane niektóre litery z poszukiwanego słówka. Nie ma się co obawiać, gdyż słówka nie są wzięte z kosmosu ani według widzimisię wykładowcy, ale pochodzą z wcześniej przerabianych na zajęciach tekstów. Istnieje więc możliwość rzetelnego przygotowania się do takiego testu.

W tym celu należy zaopatrzyć się w odpowiedni słownik. Aby umieć podać znaczenie słówka – często wcześniej nieznanego – w formie definicji w języku angielskim, trzeba najpierw z taką definicją się zapoznać. Dostarczają je właśnie słowniki jednojęzyczne. W tych słownikach – zamiast tłumaczenia wyrazu na obcy język – znajduje się właśnie definicja słówka, czyli jego znaczenie jest wyjaśnione za pomocą innych słówek w tym samym języku Uśmiech Takie słowniki mamy też w języku polskim – wystarczy sięgnąć do słownika języka polskiego, aby zobaczyć, o co chodzi z tymi definicjami. Spójrzmy na ten przykład:

Słownik Języka Polskiego PWN napisał:

blog «dziennik prowadzony przez internautę na stronach WWW»

W słowniku angielsko-angielskim znaczenie każdego słówka jest wyjaśnione po angielsku, z tym że słówka użyte w definicji są nieco prostsze niż słowo kluczowe. Takiej właśnie definicji musisz nauczyć się na kolokwia; oczywiście nie chodzi tu o wykucie definicji z jednego, konkretnego słownika na pamięć i powielanie jej na teście; każdy słownik definiuje dane słówko trochę innymi słowami Uśmiech - chodzi o wykazanie się zrozumieniem danego wyrazu i umiejętnością wyjaśnienia jego znaczenia, używając poprawnego gramatycznie języka angielskiego. Jeśli chodzi o synonimy i antonimy, czasami są one podane przy słowie kluczowym w słowniku, zazwyczaj na koniec definicji. Jednak nie zawsze tak się dzieje i często trzeba szukać ich gdzie indziej.

Teraz przyjrzyjmy się angielskiej definicji bloga.

Internetowa wersja Longman Dictionary of Contemporary English definiuje go tak:

blog [countable]

a web page that is made up of information about a particular subject, in which the newest information is always at the top of the page [= web log]

Typowy wpis w słowniku wygląda zazwyczaj tak: słowo kluczowe (czyli to, które jest definiowane), wyboldowane, transkrypcja fonetyczna (wyjaśnia jak należy wymawiać dane słówko za pomocą symboli fonetycznych, których również koniecznie trzeba się nauczyć), symbol, jaką częścią mowy jest dane słówko, czy jest policzalne/niepoliczalne (rzeczowniki), przechodnie/nieprzechodnie (czasowniki), a następnie definicja. Zazwyczaj jedno słówko może mieć kilka znaczeń; podane są one począwszy od najbardziej dosłownego lub najczęstszego znaczenia aż do znaczeń pobocznych. Na końcu definicji znajdziemy synonimy lub/i antonimy (ale jak już wspominałam, nie zawsze), wyrazy pochodne od danego słowa, które nie są już opisane w odrębnych wpisach, idiomy, przysłowia z tym słówkiem, oraz w przypadku czasowników phrasal verbs.

Które z tych znaczeń powinniśmy opanować na kolokwium? Najlepiej zajrzeć jest do tekstu z zajęć, w którym pojawiło się dane słówko, przeczytać uważnie fragment zawierający to słówko, a następnie definicje słownikowe. Która najlepiej opisuje znacznie słówka w kontekście czytanki? Czy w tekście słowo jest użyte jako czasownik czy rzeczownik? (Wiele słów angielskich może być zarówno jednym, jak i drugim, bez zmiany formy) A może poszukiwany jest phrasal verb? W przypadku krótkich definicji – dwa czy trzy znaczenia – można nauczyć się jej w całości. Znalezione definicje zapisujemy. Najwygodniej jest robić to za pomocą komputera. Uczyłam się w ten sposób, że sporządzałam listy słówek w pliku tekstowym, zazwyczaj Worda, a następnie do każdego słówka szukałam definicji. Jeśli trudno Ci się skoncentrować przy komputerze, podczas lektury tekstów, z których słówka będą na teście,  zapisuj je na specjalnej kartce; po przeczytaniu wszystkich tekstów i wybraniu słówek do sprawdzenia, włącz komputer i poszukaj tych właśnie słówek. I uwaga – nie należy ograniczać się tylko do tych słówek, na które jakąś szczególną uwagę zwrócił nauczyciel; oczywiście są one ważne, ale na teście mogą pojawić się również inne, znajdujące się w danym tekście. Spróbuj samodzielnie zdefiniować pozostałe słówka z tekstu, inne niż te, które były omawiane na zajęciach. Jeśli “czujesz” co znaczy dane słowo, ale nie umiesz go zdefiniować, sprawdź w słowniku i ucz się go tak jak innych. Niektóre pytania na kolokwiach potrafią naprawdę zaskoczyć!

Jutro poruszę bardziej szczegółowo temat słowników, zwłaszcza tych, które można odnaleźć w Internecie. Choć Internet może rozpraszać i odciągać od nauki, właściwie używany jest niezbędnym pomocnikiem młodego adepta filologii. 

Monday, September 26, 2011

Jak przetrwać na filologii?

 

Nieubłaganie zbliża się rok akademicki, dla niektórych pierwszy z życiu. Często moment ten związany jest z wielkim stresem – rozpoczęcie nauki na studiach wprowadza w życiu ogromne zmiany, a każdy w mniejszym lub większym stopniu obawia się zmian. Część świeżo upieczonych studentów wyprowadza się z rodzinnego domu nieraz w dalekie strony, inni mają możliwość studiowania w macierzystym mieście. Jednak pewnie ani jedni, ani drudzy nie wiedzą, czego spodziewać się po samych studiach.

Kiedy dostałam się na wymarzone studia, była wielka radość, ale także równie duży niepokój. Bardzo mi zależało, aby wszystko zakończyło się pomyślnie, tzn. aby udało mi się je ukończyć. Jednak cały czas bałam się, czy nie okaże się, że po prostu się  nie nadaję i powinnam pomyśleć o innym kierunku. Że nie dam rady, nie sprostam wymaganiom nauczycieli.

Pewnie wiele osób boryka się z takimi obawami. Jako stary wyjadacz filologiczny postanowiłam napisać poradnik dla przyszłych filologów. Nazywa się groźnie, Jak przetrwać na filologii, ale mam nadzieję, że porady pomogą czytelnikowi nie tylko przebrnąć przez filologię, ale również odnosić na niej sukcesy i czerpać radość ze studiowania. Do dzisiaj bardzo miło wspominam okres studiów. Tak może też być w Twoim przypadku. Porady oparte są na moich doświadczeniach, u mnie się sprawdziły, więc może zadziałają też u Ciebie, ale oczywiście nie ma stuprocentowej gwarancji. Wskazówki odnoszą się w większości do filologii angielskiej, ale wydaje mi się, iż okażą się przydatne również tym, którzy wybrali  filologie zajmujące się innymi językami.

Zacznijmy od omówienie potrzebnych każdemu studentowi filologii cech. Jedną z najważniejszych jest zamiłowanie do języka, który chcesz studiować. Aby przetrwać, musisz ten język choć trochę lubić. Optymalna jest fascynacja językiem, jego brzmieniem, gramatyką, słownictwem, oraz kulturą kraju/krajów w jakich mówi się tym językiem. Każdego szczególnie pociąga chyba inny aspekt, ja na przykład marzyłam o dogłębnym badaniu anglojęzycznej literatury. Ale musisz pamiętać, że filologia nie składa się tylko z Twoich ulubionych przedmiotów – choć sytuacja jest i tak dużo lepsza niż w liceum, gdzie musisz się uczyć np. matematyki; tutaj wszystko ma jeden wspólny punkt odniesienia – język. Jednak jak już wspomniałam, nie wszystkie przedmioty czy tematy będą równie fascynujące, lecz każdy będzie konieczny, aby ukończyć studia lub po prostu dotrzeć do bardziej interesujących przedmiotów. Literatura pojawia się dopiero na drugim roku, więc aby móc postudiować ten temat, musisz najpierw zdać egzaminy na pierwszym roku. W trudniejszych chwilach, gdzie może nawet nachodzić Cię zwątpienie co do słuszności wyboru właśnie tego kierunku studiów, przyda się fascynacja językiem. Warto wtedy przypomnieć sobie pierwotną radość związaną z nauką tego języka, pomyśleć, co Cię w nim zachwyciło, zaciekawiło, co zdecydowało, że zapragnąłeś dokładnie poznać ten konkretny język i ludzi nim się posługujących. Dla mnie bodźcem motywującym w trudnych chwilach była świadomość, że na drugim roku będę mogła “dobrać się” do literatury i wreszcie zająć się tym, co zawsze mnie interesowało. Jeśli jednak ten język nigdy nie był Twoją pasją, a kultura native-speakerów zwisa Ci i powiewa obojętnym kalafiorem Puszczam oczko bardzo trudno będzie Ci się zmotywować w trudniejszych momentach do nauki mniej atrakcyjnych przedmiotów. Jeśli jednak wiesz, że każdy temat i wykład, nawet ten pozornie nudny, zbliża Cię do wymarzonego celu – dogłębnego poznania języka i kultury wybranego kraju -  wszystko będzie łatwiejsze do zniesienia.

Od zamiłowania przejdziemy do następnej kwestii, której, jak mi się wydaje, wiele osób do końca nie rozumie. Najczęściej lubimy to, co najlepiej umiemy, trudno bowiem darzyć sympatią przedmiot szkolny, jeśli mimo usilnych starań nie potrafimy go rozgryźć. Jeśli idziemy na filologię, konieczna jest znajomość języka, jakim dana filologia się zajmuje, w stopniu co najmniej średnio-zaawansowanym lub zaawansowanym. Wszyscy, którzy jeszcze tego nie wiedzą, proszeni są o napisanie sto razy (może być za pomocą jakiegoś triku komputerowego, multiplikującego wpisany tekst) zdania: FILOLOGIA TO NIE KURS JĘZYKOWY! FILOLOGIA TO NIE KURS JĘZYKOWY! FILOLOGIA TO NIE KURS JĘZYKOWY! (Uff, zostało już tylko 97 zdań Puszczam oczko).  Jeżeli komuś wydaje się, że za pomocą dziennych studiów filologicznych nauczy się języka za darmo, to ma rację w tym, że mu się to tylko wydaje. Filologia nie nauczy Cię języka, bo nie jest to jej zadanie. Jeśli uważasz, że dzięki takim studiom wreszcie nauczysz się rozróżniać angielskie czasy, niestety prosisz się o kłopoty. Nikt Cię bowiem tego nie nauczy, a co więcej, wszyscy będą oczekiwać, że podstawowa wiedza gramatyczna-leksykalna jest dla Ciebie oczywista. To prawda, że są przedmioty o nazwach czytanie, pisanie, słuchanie, gramatyka praktyczna – ale nie uczą one tych wszystkich rzeczy od podstaw, lecz bazując na solidnej wiedzy ze szkoły przedstawiają m.in. gramatyczne kruczki i inną wiedzę tajemną, niedostępną dla zwykłych śmiertelników Uśmiech Poza tym, zajęcia prowadzone są w języku docelowym, więc jeśli nie rozumiesz angielskiego, wyjaśnienia zagadnień gramatycznych po angielsku raczej nie rozjaśnią Ci w głowie, wręcz przeciwnie. Wykłady, ćwiczenia na anglistyce prowadzone są – a jakże by – po angielsku, w takim też języku musisz zdawać testy np. z historii Wielkiej Brytanii. Nawet jeśli z pomocą słownika zrozumiesz tekst z podręcznika, przekazanie zgromadzonej wiedzy za pomocą obcego języka w sytuacji stresowej okaże się zadaniem bardzo trudnym, zwłaszcza jeśli materia języka jest ci w dużej mierze nieznana. Jeśli tylko z wielkim wysiłkiem potrafisz samodzielnie sformułować poprawne gramatycznie zdanie, które zawiera streszczenie myśli z podręcznika, na kolokwia z przedmiotów jak kultura, historia czy literatura będziesz musiał uczyć się fragmentów podręcznika na pamięć, co delikatnie rzecz biorąc nie jest najlepszą metodą poznawania realiów danego kraju.. I nie o to przecież chodzi. Dlatego właśnie tak ważna jest dobra znajomość języka już na samym starcie. Jasne, będą pojawiać się nowe słówka i to w wielkich ilościach, ale zaawansowana znajomość języka umożliwi swobodne czytanie tekstu np. o wydarzeniach historycznych, bez konieczności bezustannego zerkania do słownika i sprawdzania znaczenia prawie wszystkich wyrażeń z podręcznika. Wtedy lektura może nawet sprawić przyjemność. Jeszcze jeden powód, dla którego nie powinno się mylić filologii z kursem językowym: na studiach filologicznych dowiesz się mnóstwa rzeczy, które są zupełnie zbędne osobie, chcącej jedynie mówić po angielsku w stopniu komunikatywnym. Na co komuś takiemu np. znajomość historii Wielkiej Brytanii czy wiedza, jak działa amerykański system sądownictwa? Uczenie się tego typu rzeczy może być dla tej osoby zwykłą stratą czasu na poznawanie niepotrzebnych informacji. Kursy językowe są dostosowane do potrzeb i poziomu określonych grup wiekowych, zawodowych, i nie obarczają uczestnika wiedzą, która nie jest mu niezbędna. Drogi czytelniku, jeśli chcesz wreszcie opanować te okropne czasy, wybierz kurs językowy. Tam na pewno otrzymasz stosowną pomoc.

Last but not least – systematyczność. Rodzice, nauczyciele i wykładowcy bez przerwy mówią o systematycznej nauce, tak że pewnie masz już tego dość, drogi czytelniku, jednak akurat w tej kwestii racja leży po ich stronie. Systematyczność jest szczególnie ważna na filologii. Jeśli nawet możnaby przyjąć, że nauczenie się kilkuset nowych pojęć w czasie sesji jest wykonalne, jeśli studiujesz w języku ojczystym, przyswojenie w krótkim czasie tychże pojęć plus kilkaset nowych słówek wraz z ich definicjami, synonimami i antonimami to raczej mission impossible, zwłaszcza że słówek jest tak dużo, że nie pomieści ich wszystkich żadna ściągaBuhahaha W ciągu chwili po prostu nie da się przyswoić tylu słówek. Zresztą bez ich znajomości nie dotrzesz do etapu sesji, bo testy ze słówek pojawiają się niezmiernie często.. Ale o tym napiszę następnym razem Uśmiech

Sunday, September 25, 2011

Niedzielny kącik szekspirowski

W ostatnią prawdziwie wakacyjną niedzielę tego roku, postanowiłam zrobić coś szczególnego w kąciku poetyckim. Dzisiaj nie będzie wiersza, lecz fragment komedii Szekspira Sen nocy letniej, w którym widzowie oglądający sztukę lub czytelnicy mogą poznać szacownych bohaterów mojej pracy magisterskiej Uśmiech Tym razem nie będę dołączać komentarza do tekstu poetyckiego, gdyż wymagałoby to zacytowania przynajmniej części rozdziału pracy poświęconego Pukowi. Ponadto, szczęśliwie akurat ta sztuka szekspirowska ma swoje polskie tłumaczenie, dostępne w domenie publicznej. Dzięki temu każdy czytelnik będzie mógł sobie wyrobić własne zdanie na temat zaprezentowanego utworu. Jedynie napomknę, że Sen nocy letniej jest, obok Burzy, jedynym utworem Szekspira, w którym elfy odgrywają ważną rolę w akcji dramatu i są właściwie pełnoprawnymi postaciami, równie niezbędnymi dla całości dzieła, jak bohaterowie ludzcy. Jest też jednym z najbardziej oryginalnym spośród dramatów Szekspira – trudno jest odnaleźć jednolite źródło, z którego korzystałby dramatopisarz lub się nim inspirował, w przeciwieństwie do większości pozostałych dzieł, jak Hamlet czy Romeo i Julia, żeby podać tylko najbardziej znane przykłady. Szekspir zazwyczaj tworzył , przekształcając i modyfikując po swojemu znane opowieści i historie, ale robił to w sposób genialny, jego wersje wykonaniem artystycznym przerastały pierwowzory, tak że dzisiaj nikt nie pamięta o oryginalnej wersji dziejów kochanków z Werony, The Tragical History of Romeus and Juliet Arthura Brooke’a. Był więc Szekspir jeśli chodzi o fabuły swoich dzieł, piratem czy też może twórcą fanfików Puszczam oczko jako że niemal każda sztuka oparta jest na jakimś wcześniejszym dziele. Nie Sen nocy letniej. Tutaj fabuła jest własnym pomysłem Szekspira, choć bohaterowie, w tym elficcy, czerpią obficie z wcześniejszej tradycji literackiej, szczególnie starożytnej, ale również ludowych podań i wierzeń angielskich, jak w przypadku Puka (choć i on ma w sobie cechy postaci z mitologii grecko-rzymskiej). Dość już tego mojego gadania, dajmy przemówić Pukowi, bo lada chwila zdenerwowany mnie uszczypie!

Przed Państwem Akt 2, scena 1:

[Enter, from opposite sides, a Fairy, and PUCK]

Puck. How now, spirit! whither wander you?

Fairy. Over hill, over dale,
Thorough bush, thorough brier,
Over park, over pale,
Thorough flood, thorough fire,
I do wander everywhere,
Swifter than the moon's sphere;
And I serve the fairy queen,
To dew her orbs upon the green.
The cowslips tall her pensioners be:
In their gold coats spots you see;
Those be rubies, fairy favours,
In those freckles live their savours:
I must go seek some dewdrops here
And hang a pearl in every cowslip's ear.
Farewell, thou lob of spirits; I'll be gone:
Our queen and all our elves come here anon.

Puck. The king doth keep his revels here to-night:
Take heed the queen come not within his sight;
For Oberon is passing fell and wrath,
Because that she as her attendant hath
A lovely boy, stolen from an Indian king;
She never had so sweet a changeling;
And jealous Oberon would have the child
Knight of his train, to trace the forests wild;
But she perforce withholds the loved boy,
Crowns him with flowers and makes him all her joy:
And now they never meet in grove or green,
By fountain clear, or spangled starlight sheen,
But, they do square, that all their elves for fear
Creep into acorn-cups and hide them there.

Fairy. Either I mistake your shape and making quite,
Or else you are that shrewd and knavish sprite
Call'd Robin Goodfellow: are not you he
That frights the maidens of the villagery;
Skim milk, and sometimes labour in the quern
And bootless make the breathless housewife churn;
And sometime make the drink to bear no barm;
Mislead night-wanderers, laughing at their harm?
Those that Hobgoblin call you and sweet Puck,
You do their work, and they shall have good luck:
Are not you he?

Puck. Thou speak'st aright;
I am that merry wanderer of the night.
I jest to Oberon and make him smile
When I a fat and bean-fed horse beguile,
Neighing in likeness of a filly foal:
And sometime lurk I in a gossip's bowl,
In very likeness of a roasted crab,
And when she drinks, against her lips I bob
And on her wither'd dewlap pour the ale.
The wisest aunt, telling the saddest tale,
Sometime for three-foot stool mistaketh me;
Then slip I from her bum, down topples she,
And 'tailor' cries, and falls into a cough;
And then the whole quire hold their hips and laugh,
And waxen in their mirth and neeze and swear
A merrier hour was never wasted there.
But, room, fairy! here comes Oberon.

Fairy. And here my mistress. Would that he were gone!

Teraz kolej na polskie tłumaczenie; pochodzi ono ze strony Wolne Lektury, autorem przekładu jest Leon Ulrich.

Nie mam pojęcia, dlaczego słowo fairy jest tłumaczone na polski jako wróżka. Chodzi przecież o elfy, nadprzyrodzone istoty o rozmiarach począwszy od owadzich aż do nieco większych od dorosłego człowieka. Choć przewidywanie przyszłości może być jedną z nadprzyrodzonych zdolności elfów, samo słowo wróżka kojarzy mi się ze śmiertelniczką trudniącą się np. wróżeniem z kart, a nie z postacią z legend i mitów.

A oto i tłumaczenie:

Las w bliskości Aten.

Wchodzą: z jednej strony Wróżka, z drugiej Puk.

Puk

Co tam nowego, duchu? Gdzie tak śpieszysz?

Wróżka

Przez doliny i przez góry,

Przez zwierzyńce i ogrody,

Przez potoki i przez bory,

Płomień ognia, fale wody,

Wszędzie mnie skrzydła me niosą,

Szybsze od Cyntii promieni,

Gdzie mi każe wróżek ksieni,

Ślad kół swoich skrapiać rosą.

Pierwiosnki to są jej służki,

Patrz na złote szat ich plamy,

To rubiny, to dar wróżki,

W których wonne śpią balsamy.

Teraz na łąkach zbierać perły rosy śpieszę,

W uchu każdej pierwiosnki perełkę zawieszę.

Żegnaj, figlarny duchu, powinność mnie wzywa,

Królowa, z dworem wróżek, za chwilę przybywa.

Puk

Król sprawia święto pod tą dziś dąbrową;

Miej baczność, by się nie spotkał z królową,

Oberon bowiem cały gniewem pała,

Że pani nasza na pazia wybrała

Królowi Indii ukradzione dziecię.

Nic piękniejszego nie było na świecie.

Król chciał go gwałtem na swym widzieć dworze,

Pragnął z nim razem harcować po borze,

Ale Tytania, w dziecku zakochana,

Stroi je w kwiaty, a nie słucha pana.

Odtąd też, czy to spotkają się w gaju,

Czy to na smugach, przy jasnym ruczaju,

Spór taki toczą, że raz dwór ich cały

W żołędzi kubki schował się struchlały.

Wróżka

Jeśli o tobie mój sąd mnie nie myli,

To jesteś duchem pełnym krotofili,

Ludzie cię zowią Robinem Dobrotą;

Ty wiejskie dziewki straszysz twoją psotą,

Ty żarna psujesz, ciebie tylko wini,

Gdy próżno bije masło, gospodyni.

Warzone piwo wietrzeje twą sprawą,

Zbłąkany pielgrzym twoją jest zabawą.

Szczęśliwy, kto ci imię daje Puka,

Bo temu służysz, tego szczęście szuka.

Alboż się mylę? Czy to prawda? Powiedz.

Puk

Prawda; ja nocy wesoły wędrowiec,

Z moich się figlów nieraz król śmiać raczy,

Kiedy udanym rżeniem pięknej klaczy

Zwabiam ogiery bobem wytuczone;

Czasami pływam, jak jabłko pieczone,

Na piwie kumoszki, a gdy pić zamierza,

Mniemane jabłko w usta ją uderza,

Wszystko się piwo na pierś zwiędłą leje;

Mądra babunia, smutne prawiąc dzieje,

Myśli, żem trójnóg, ale kiedy siada,

Ślizga się trójnóg, jak długa upada,

Wszyscy się śmiejąc, za boki trzymają,

Z radości krzyczą, kaszlą i kichają.

Lecz ustąp, wróżko, widzę Oberona.

Wróżka

A ja mą panią. Drżę już przestraszona.

Saturday, September 24, 2011

Jak czytać po angielsku?

 

Kontynuując cykl o czytaniu po angielsku, przejdę teraz do meritum i zajmę się bardziej praktycznymi radami dotyczącymi lektury w języku obcym. Miałam już wcześniej pisać na ten temat, jednak okazało się, iż można podać wiele ciekawych powodów, dla których w ogóle warto podejmować trud czytania po angielsku. Motywacja jest bardzo ważna w takich przedsięwzięciach, a skoro miałam dużo do napisania na ten temat, to po prostu napisałam, starając się posypać tekst szczyptą humoru.. Ale może lepiej przejdźmy do rzeczy, czyli zagadnienia jak i kiedy zabrać się do czytania po angielsku.

Wpis będzie z gatunku autobiograficznych, opiszę po prostu metodę czytania po angielsku, która w moim przypadku się sprawdziła, ale nie musi i pewnie nie jest być uniwersalna. Jednak sukces metody wskazuje, że może coś w niej jest, więc czemu nie podzielić się z nią czytelnikami? A nuż komuś jednak się przyda. Zwłaszcza, że wiele osób obawia się czytania w obcych językach, nawet takich, których już długo się uczą. Wydaje mi się, że takie obawy zwykle wynikają z niepewności swoich umiejętności, niż z faktycznej niewiedzy. Należy też pamiętać, że pierwszej książki nie będziemy od razu rozumieć w 100%, jednak z każdą przeczytaną książką w języku obcym nasze zrozumienie kolejnej będzie się zwiększać. Jak mówi przysłowie Practice makes perfect – ćwiczenie czyni mistrza, i jeśli na początku czytania po angielsku przestaniemy to robić, zrażeni niepowodzeniami, nigdy nie dojdziemy do perfekcji. Naprawdę każdy może to zrobić; niedawno czytałam wiele blogów i książek o tematyce nauki języków obcych – na wielu przewija się myśl, że nie ma czegoś takiego jak talent czy antytalent językowy, a stwierdzenie “nie mam talentu do języków” jest tylko usprawiedliwianiem się. Każdy człowiek potrafi nauczyć się języka ojczystego, i potrafi także nauczyć się każdego innego; niestety wymaga to wiele wysiłku. Sądzę jednak, że warto poznawać obce języki. Mnie daje to mnóstwo radości, wiem, że nie każdemu może sprawiać to przyjemność, jednak znajomość obcych języków wydaje mi się szczególnie przydatna miłośnikowi literatury, dla którego w ten sposób otwierają się nowe literackie możliwości. Dla mnie osobiście możliwość czytania książek ulubionych autorów w oryginale była chyba najważniejszą motywacją w nauce języka angielskiego – udało mi się ten cel osiągnąć i teraz czytam po angielsku z jeszcze większą przyjemnością niż po polsku. Przyjemność chyba najsilniej motywuje do nauki języka. Jej brak powoduje, że wiele osób nie lubi nauki języków, która kojarzy im się ze żmudnym zakuwaniem słówek – trudno się dziwić, że takie działanie nie daje radości. Należy znaleźć coś, co sprawia nam frajdę – nie musi to być książka, świetnie motywują też np. ulubione seriale czy muzyka – i czytać/oglądać/słuchać to w wersji oryginalnej. Jeśli zajmiemy się czymś, co sprawia prawdziwą radość, sami będziemy się garnęli do nauki i szybko zaczniemy robić postępy.

Z tego wynika pierwsza zasada czytania po angielsku (czy w innym języku obcym) – wybierajmy książki, które nas interesują. Miłośnicy fantastyki mają dobrze w przypadku angielskiego, bo chyba większość światowej fantastyki pisana jest właśnie w tym języku. Jeśli kochasz fantastykę, nie zmuszaj się do czytania np. Dziennika Bridget Jones, bo będziesz się z tym męczyć i język znowu zacznie Ci się kojarzyć z różnymi nieprzyjemnościami Puszczam oczko a przecież nie o to chodzi. Jeśli czytasz książkę w języku obcym po raz pierwszy w życiu i bardzo się boisz, możesz sięgnąć po książkę, którą lubisz i znasz z polskiego tłumaczenia. Jednak nie powinno to wejść w nałóg i kolejne książki powinno się już czytać “samodzielnie” czyli bez wspierania się znajomością polskiego tłumaczenia. Po prostu wybieramy te, których jeszcze ich nie czytaliśmy. Na początku sprawdzi się literatura dziecięca, napisana prostszym słownictwem dostosowanym do młodego czytelnika. Nada się też wspomniana wcześniej Bree Tanner

Kiedy po raz pierwszy sięgnąć po obcojęzyczną książkę? Najłatwiej odpowiedzieć, że kiedy czujemy się na siłach zmierzyć się z taką lekturą, ale osoby niepewne swoich możliwości będą odkładać ten moment w nieskończoność…ja pierwszą książkę przeczytałam pod koniec liceum, po około ośmiu latach nauki języka, ale nie znaczy to, że jest to optymalny moment rozpoczęcia czytania. Wydaje mi się, że w dużej mierze był to przypadek; po prostu właśnie wtedy otrzymałam pod choinkę angielską Anię z Zielonego Wzgórza. Mogłoby to nastąpić wcześniej, lecz wtedy książki obcojęzyczne były dosyć trudno dostępne i wydaje mi się, iż to właśnie było główną przyczyną, dlaczego tak późno zaczęłam czytać po angielsku. Z niemieckim nie będę czekać tak długo, chociaż znam go dużo gorzej i uczę się nieporównywalnie krócej; ostatnio przeczytałam np. taką krótką książeczkę.

Teraz przejdźmy do metody czytelniczej. Ja używałam sposobu fake it till you make it, teraz pokrótce ją przedstawię. Polega ona po prostu na czytaniu książki, zupełnie tak jak czyta się w języku ojczystym, udając, że całe życie nie robiło się nic innego, jak tylko czytanie po angielsku Uśmiech Brałam książkę i czytałam ją, nie zważając na występowanie nieznanych słówek. Na podstawie własnych doświadczeń wydaje mi się, że słówkami nie ma co się zanadto przejmować. Odrywanie się co chwilę od lektury, aby sprawdzić w słowniku nowe słówko, nie jest IMHO dobrym rozwiązaniem i wcale nie wspomaga zrozumienia tekstu, bo po poszukiwaniach słówka zapominamy, o co w ogóle chodziło np. w powieści. Lepsze jest chyba notowanie sobie tych nieznajomych, aby sprawdzić je po przeczytaniu np. całego rozdziału. Ale i tak taka działalność rozprasza, odciąga od czytania i pozbawia radości z niego. Zwłaszcza, że na początku tych słówek może być multum i zanotowanie wszystkich nieznanych może równać się przepisaniu całej strony Puszczam oczko Trzeba zachować umiar i nie panikować. Naszym głównym zadaniem jest zrozumienie fabuły i ogólnego sensu całego tekstu, a do tego nie musimy znać wszystkich słówek, jakie się w nim pojawiają. Warto spróbować wywnioskować znaczenie nowego słówka z kontekstu – dzięki temu czytanie przypomina nieco pracę Sherlocka Holmesa – a umiejętność bardzo przyda się na filologii, gdzie wiele zadań podczas testów dotyczy właśnie wydedukowania znaczenia słowa z kontekstu. Musimy jeszcze pamiętać o jednej rzeczy: nie wszystkie słówka są jednakowo ważne, tylko część potrzebna jest do prawidłowego zrozumienia tekstu. Jeśli jakieś słówko powtarza się w tekście, można założyć, że jest ważne, i jeśli nie potrafimy sami odkryć jego znaczenia, przywołajmy na pomoc słownik. Jednak np. informacja, jakie rośliny znajdują się w ogrodzie głównego bohatera jest średnio potrzebna do zrozumienia sensu powieści (oczywiście mogą być wyjątki, gdy roślinność okaże się kluczowa), więc zazwyczaj możemy nie przejmować się, że nie potrafimy przetłumaczyć na polski nazw kwiatów, które rosną w ogródku. Po prostu czytajmy dalej.

 

Rozpisałam się, i trochę chyba zbaczam z tematu przewodniego bloga; czego jak czego, ale recenzji książek jest tu chyba najmniej ze wszystkich tekstów Puszczam oczko Zbliża się rok akademicki, więc pomyślałam o napisaniu malutkiego cyklu Back to School, czyli porady jak się uczyć, zwłaszcza języków obcych, oparte na moich doświadczeniach. Jutro wiersz na niedzielę, a w przyszłym tygodniu może napiszę pierwszy odcinek. Do poczytania Uśmiech

Friday, September 23, 2011

70 Solutions to Common Writing Mistakes–Bob Mayer

 

Książka Boba Mayera, jak wskazuje sam tytuł, omawia siedemdziesiąt najczęstszych błędów pisarskich. Każdy z krótkich, numerowanych rozdziałów, bierze swoją nazwę od błędu pisarskiego. Autor najpierw wyjaśnia, dlaczego coś jest błędem, a następnie tłumaczy, jak można go uniknąć. Choć poradnik jest napisany “na poważnie”, nie ma w nim humorystycznych wstawek, jak u Holly Lisle, dobrze się go czyta. Jednak wydaje mi się, że rady dotyczące każdego problemu są dość ogólnikowe, być może książka zyskałaby, gdyby przedstawić każdy błąd na przykładzie, np. wymyślony przez autora “fragment złej prozy”, zawierający omawianą w danym rozdziale usterkę, następnie wyjaśnienie, na czym polega ten błąd, i poniżej poprawiony tekst, pozbawiony już defektu.

Pierwsza część omawia złe nawyki. Oprócz oczywistych, takich jak nie zaczynanie i nie kończenie, pojawiają się również inne negatywne zachowania, które może przejawiać początkujący pisarz. Czasem w ferworze pracy łatwo zapomnieć jest o czytelniku, odbiorcy naszego dzieła, bez którego pisanie w ogóle nie ma sensu. Przed tym przestrzega Bob Mayer. W tym rozdziale, a także w innych, przewija się motyw uczenia się. Przyszły pisarz powinien być otwarty na nową wiedzę dotyczącą warsztatu pisarskiego, umieć przyjmować rady bardziej doświadczonych autorów, wyciągać wnioski z lektury dzieł mistrzów. Tak jak w każdym zawodzie, młody adept pisarstwa musi się wiele nauczyć i “poterminować” u mistrzów. Powinien być człowiekiem skromnym i świadomym swoich braków i niedociągnięć. Tak jak w każdej innej dziedzinie, także w pisarstwie od razu nie da się dostać na sam szczyt. Mayer przypomina też o ważnej prawdzie: nie należy czekać na odpowiedni nastrój, aby pisać. Nastrój ani humor nie ma żadnego znaczenia w procesie twórczym i nie wpływa na jakość utworów – te pisane w złym samopoczuciu wcale nie są gorsze od tych, które powstały, gdy nie mieliśmy chęci pisać (ciekawy czytelnik może to sprawdzić w praktyce – wczorajszy tekst powstał, gdy bolała mnie głowa, więc jeśli porównamy go z innymi, okaże się, czy Mayer miał rację – może jednak się mylił?).

Drugi rozdział zajmuje się ogólnie rozumianym pomysłem na utwór. Nasz pomysł powinien różnić się od dotychczasowych, to chyba oczywiste.  Według Mayera ważne jest wcześniejsze zaplanowanie naszego dzieła. Cechy bohaterów, ich motywacje, przyczyny i skutki wydarzeń – to wszystko należy przemyśleć przed rozpoczęciem pisania. Złą oznaką jest, jeśli nie potrafimy zgrabnie streścić naszego utworu, wtedy widać, że coś się tam posypało i właściwie nie mamy dobrego pomysłu. Utwór powinien mieć temat przewodni, który determinuje wszystkie wydarzenia. Również nie należy traktować pisania jako swoistej terapii, radzenia sobie z osobistymi problemami – czytelnicy mają dość własnych kłopotów, aby jeszcze czytać o naszych.

Mnie najbardziej zainteresowały rozdziały poświęcone warsztatowi pisarskiemu, a dokładnie fabule i postaciom. Na początku musimy umieścić “haczyk”, na który złapiemy czytelnika. Jeśli go zabraknie, po prostu nie będzie czytał dalej i sięgnie po konkurencję Puszczam oczko Mayer wspomniał też o klasycznym błędzie “show, don’t tell”  - zamiast pisać, że nasz bohater jest np. szlachetny czy inteligentny, pokazujemy go w działaniu, które udowadnia, że ma on rzeczywiście taką cechę. Nie należy również nadużywać setupu, czyli wszelakich wyjaśnień dotyczących mechaniki świata przedstawionego. Te informacje umieszczamy tylko wtedy, jeśli ich brak uniemożliwiłby czytelnikowi zrozumienie akcji. Konieczny jest inciting incident – wydarzenie, które uruchamia serię zdarzeń w powieści, zmienia życie bohatera. Jest to szczególnie ważne i powinniśmy wiedzieć o tym, jakie to wydarzenie, przed rozpoczęciem pisania. Nie musi być ono pierwszym wydarzeniem przedstawionym w utworze. Ludzie zazwyczaj nie lubią zmian, wolą ustabilizowane życie, więc jeśli napiszemy, że bohater ni z tego, ni z owego postanowił radykalnie zmienić swoje życie, postać ta będzie niewiarygodna psychologicznie. Niezbędny w utworze jest konflikt, ale wraz z dalszymi stronami powieści powinien być coraz groźniejszy, a konsekwencje dla bohatera coraz poważniejsze. Błędem jest również nadużywanie flashbacków i wspomnień bohaterów – czytelnik chce się dowiedzieć przede wszystkim, co wydarzy się dalej, a nie co już kiedyś się stało. Co to flashback, wie chyba każdy fan Zagubionych, ale warto napomknąć, jak autor odróżnia flashback od wspomnień. Flashback przedstawia przeszłe wydarzenia zgodnie z faktami, natomiast wspomnienia opisują je tak, jak je zapamiętał bohater, z którego POV je piszemy; jego emocje często zniekształcają prawdę. Kolejnym rodzajem niewiarygodnego bohatera jest taki zmieniający co chwilę nastrój, np. od smutku do euforii. Tego chyba nie trzeba komentować. Nie należy powtarzać jednej informacji za często – wystarczy szczególnie ważny fakt wspomnieć dwukrotnie. Za trzecim razem czytelnik poczuje się nieswojo, jakbyśmy traktowali go jak idiotę. Nie wolno też robić czytelnikowi wykładu: jeśli chcemy przekonać go do jakiegoś poglądu, należy pisać w ten sposób, aby po lekturze sam doszedł do takich wniosków.

Bez sensu są też niepowiązane ze sobą sceny, które nie wnoszą nic do akcji utworu. Każda scena powinna czemuś służyć, posuwać akcję do przodu itp. Jeśli tego nie robi, jest po prostu zbędna. Kolejna wskazówka dotyczy dialogów; najlepszym słowem w dialogue tags jest said – powiedział/a. Nie zwraca uwagi czytelnika, a ponadto emocjonalne zabarwienie powinien on wywnioskować z samej wypowiedzi bohatera. Dwa rozdzialiki poświęcone są zagadnieniu POV, szczególnie ograniczeń wynikających z zastosowania POV pierwszoosobowego. Częstym błędem jest w tym przypadku wymyślanie przedziwnych zbiegów okoliczności, aby tylko nasz narrator mógł być świadkiem ważnych wydarzeń. Mayer tłumaczy również, czym jest niezbędny dla fabuły konflikt – to po prostu sprzeczne motywacje bohaterów. Są trzy rodzaje konfliktu: wewnętrzny, osobisty – czyli pomiędzy postaciami, oraz uniwersalny – gdy bohater sprzeciwia się np. systemowi, rządowi itp. Ważne jest też otoczenie, świat przedstawiony, aby czytelnikowi nie wydawało się, że postacie lewitują gdzieś w próżni.

Kolejny rozdział dotyczy postaci. Mayer dowodzi, że postacie są ważniejsze niż fabuła i czytelnicy lepiej i dłużej pamiętają właśnie bohaterów. Dlatego należy ich tworzyć ze szczególną starannością. Bohaterowie, którzy nagle przechodzą od miłości do nienawiści czy też odwrotnie, są niewiarygodni. Trzeba też znać motywacje, które kierują bohaterami, tylko wtedy można napisać przekonujące, “żywe” postacie. Nie powinny one zachowywać się i myśleć jednakowo, choć autor przyznaje, że trudno jest utworzyć postać radykalnie różną od nas samych. Imiona bohaterów z kolei powinny być łatwe do zapamiętania – uwaga szczególnie ważna dla twórców fantastyki – i muszą też różnić się od siebie, aby czytelnik nie pomylił bohaterów, najlepiej nie mieć w jednym utworze imion zaczynających się od tej samej litery. Równie ważne jest przedstawienie ewolucji duchowej bohatera, zmian, jakie w nim zachodzą – w przeciwnym razie opisana historia nie ma sensu. Bohater na końcu książki musi przejść przemianę, która umożliwi mu pokonanie antagonisty; takie zwycięstwo nie byłoby możliwe na początku książki, zanim zmienił się charakter bohatera. Z kolei antagonista nie może być zbyt łatwy do pokonania, w takim razie zwycięstwo bohatera byłoby bez znaczenia. On również musi mieć własne motywacje, pragnienia i dążenia, które trzeba znać. Zbyt duża liczba bohaterów jest złym rozwiązaniem – i tak nie damy rady napisać ich tak, aby znacznie się różnili. Postaciom epizodycznym nie nadajemy imion, określamy ich przez ich funkcję. Na koniec rozdziału chyba najciekawsza rzecz w konstrukcji postaci: każda postać powinna mieć swoje pragnienie, potrzebę, do której realizacji dąży, pozytywną cechę, z której to pragnienie wynika, oraz odpowiadającą jej cechę negatywną.

Kolejne rozdziały odnoszą się do edytowania utworu, sprzedaży go i publikacji, nie będę omawiać ich tutaj. Najciekawsza jest wskazówka, podana w rozdziale o uczestnictwie w konferencjach, wykładach pisarskich. Jeśli coś nas szczególnie oburza, powinniśmy to zapamiętać czy nawet zanotować, bo to właśnie jest to coś, co musimy poprawić w naszej twórczości i dlatego budzi taki sprzeciw.

 

Książka Boba Mayera może być też bliska sercu tolkienisty, bo pisarz wspomina w kilku miejscach naszego ulubionego profesora, podając go jako pozytywny wzorzec Uśmiech

 

Uczestnicy Nanowrimo mogą na razie odłożyć niektóre rady Mayera na półkę, bowiem rzucają się w oczy takie błędy, które mogą znacząco podnieść liczbę słów Puszczam oczko

Thursday, September 22, 2011

Po co w ogóle czytać po angielsku?

 

Komentarz Alannady zainspirował mnie do napisania cyklu wpisów o czytaniu po angielsku. Jak to jest z czytaniem po angielsku? Kiedy można zacząć i jak to robić? Dlaczego i po co w ogóle czytać w obcym języku?

Mnie czytanie po angielsku daje mnóstwo radości, więc byłoby wspaniale, gdyby inne osoby też mogły cieszyć się lekturą po angielsku.  Wydaje mi się, że najwięcej tej radości wypływa z faktu, że czytając w oryginale, obcuje się z tekstem dokładnie takim, jaki napisał autor, nie przefiltrowanym przez wrażliwość tłumacza. Nie mam nic zupełnie przeciwko tłumaczom, nawet sama chciałabym zostać jedną z nich, ale jednak oryginał to oryginał.

Czytając oryginalną wersję językową, mam też poczucie dzielenia tajemnicy z autorem dzieła. Trochę przypomina to słuchanie muzyki na słuchawkach, gdy nie “afiszuję się” z moimi gustami. Jeśli czytasz w otoczeniu osób, które nie znają angielskiego, to uczucie posiadania własnego, małego sekretu jest jeszcze większe. Inny pożytek z tego przedstawia się tak, że ludzie zaglądający przez ramię nie wiedzą, co czytasz – dla mnie było to bardzo przydane, kiedy na początku fascynacji Tolkienem i fantastyką wstydziłam się, że czytam takie “bajki”.

Poza tym, najważniejsze w tym wszystkim jest chyba lubić język angielski – ja za nim przepadam, więc z tego powodu czytanie w tym języku to dla mnie prawdziwa przyjemność; jeśli preferujesz inny język, nie ma sensu zmuszanie się do czytania po angielsku.

Na koniec chyba najciekawszy i najzabawniejszy powód czytania po angielsku: angielski nie jest ojczystym językiem chyba dla żadnego z moich czytelników, więc sama czynność czytania w tym języku nabiera cech działalności naukowej Puszczam oczko No bo co robimy, kiedy czytamy po angielsku? Wtedy UCZYMY SIĘ! Nauka to na pewno nie jest strata czasu, i nawet najzacieklejsi przeciwnicy czytania muszą ulec i nie przeszkadzać w lekturze, jeśli tą czynność zdefiniuje się jako ćwiczenie języka. W taki oto sposób zdobywamy świetny wykręt, jeśli np.nasi bliscy uważają, że zamiast czytać książki, które do niczego się nie przydadzą, powinniśmy się zająć czymś pożytecznym, jak nauka Uśmiech Niektórzy książkofobi twierdzą, że czytanie książek jest bez sensu, jeśli nie są potrzebne do szkoły. Czytając po angielsku wytrącimy im ten argument z ręki Uśmiech Pod przykrywką “szlifowania języka”, obserwacji struktur gramatycznych w ich naturalnym środowisku, przyswajaniu nowych słówek możemy również czytać również najbardziej kiczowate, głupie i pozbawione wartości artystycznej książki, na jakie tylko mamy ochotę, a po które wstydzilibyśmy się sięgnąć po polsku. Ja na przykład przeczytałam The Short Second Life of Bree Tanner Zakłopotanie - jeśli ktoś obawia się czytania w języku angielskim, może sięgnąć właśnie po tą napisaną dosyć prostym językiem książeczkę; okaże się, że angielski nie wampir, nie gryzie Uśmiech Można również czytać baśnie i książki dla dzieci bez względu na wiek i bez konieczności posiadania własnych dzieci jako alibi – jeśli chodzi o mnie, mam słabość do bajek, a po angielsku mogę się jej oddawać bez obaw. Mogę bezkarnie nadrabiać zaległości w literaturze dziecięcej – książki, których nie przeczytałam w szczenięcych latach, mogę teraz bez strachu przed byciem dziecinną poznać po angielsku, tak było na przykład z książką George’a MacDonalda The Princess and the Goblin. O książce i jej autorze dowiedziałam się stosunkowo niedawno z nieistniejącego już forum miłośników CS Lewisa. Raczej nie sięgnęłabym po nią po polsku.

I to przywodzi mi na myśl kolejny argument, dlaczego warto czytać po angielsku. Niektóre książki nie mają polskiego tłumaczenia lub są po prostu trudno dostępne, dotyczy to szczególnie klasyki, którą można łatwo znaleźć właśnie w wersji angielskiej na stronach pokroju Gutenberga. Również jeśli chodzi o utwory współczesnych autorów, większość jest dostępna w Internecie w języku angielskim, co odkryłam, szukając darmowych e-booków o twórczym pisaniu. Po polsku ich nie uświadczysz (tutaj chodzi mi o darmowe e-booki o tej tematyce; wiadomo, że istnieją książki o twórczym pisaniu wydane po polsku, choć część z nich to przekłady z angielskiego), może z wyjątkiem tego poradnika (wrażliwszych czytelników ostrzegam przed kontrowersyjnym słownictwem w e-bookach z tej serii). Po prostu, czytając po angielsku powiększamy liczbę lektur dostępnych dla nas, co dla miłośnika literatury jest chyba dużą zaletą.

Na koniec ostrzeżenie: CZYTANIE PO ANGIELSKU UZALEŻNIA. Jeśli dasz się wciągnąć w ten proceder, drogi Czytelniku, nie będziesz już chciał czytać pisarzy anglojęzycznych po polsku. Wystarczy spojrzeć na mnie – strasznie męczy mnie lektura Tolkiena w przekładzie, choć to mój ulubiony autor. Tak też może stać się z Tobą, a książki anglojęzyczne drogie są…Jeżeli masz dostęp do biblioteki, która posiada takie książki, jesteś uratowany, ale jeżeli nie.. grozi Ci poważny zespół odstawienia. Zanim nauczysz się czytać po angielsku tak, że będzie Ci to sprawiać przyjemność i nie będziesz mógł już bez tego żyć, dobrze się zastanów, skąd weźmiesz książki. Albo raczej, skąd będziesz brać, bo niestety ten nałóg domaga się ciągłego dostarczania nowych tomów…

Wednesday, September 21, 2011

Hemingway i Nanowrimo?

Wczoraj wreszcie zaczęłam czytać Hemingwaya Green Hills of Africa (Zielone Wzgórza Afryki). Kiedyś już pożyczałam ją z biblioteki uczelnianej, ale jakoś tak się złożyło, że w końcu jej nie przeczytałam. Może tym razem się uda. W każdym razie przy przekartkowaniu książki okazało się, że jest w niej nieco ciekawych uwag na temat pisania i pisarstwa, co na pewno bardziej zmotywuje mnie do lektury.

Książka opisuje wspomnienia autora z pobytu w Afryce. W pierwszej części przedstawione jest polowanie na antylopy kudu. Niestety, na nieszczęście myśliwych zwierzęta nie dają się złapać, co nie byłoby takim problemem, gdyby nie fakt, że zbliża się pora deszczowa i aby bezpiecznie wyjechać, ekipa musi opuścić teren łowiecki za trzy dni. Myśliwi mają więc określony czas na upolowanie antylopy, co odbiera im radość z samego polowania i sprawia, że podchodzą do niego zadaniowo, oczekując upragnionego rezultatu, czyli złowionej zwierzyny, a brak sukcesów pogłębia frustrację. Nie tak powinno to wyglądać. Polowanie powinno trwać, dopóki istnieje zwierzę, które się łowi. Hemingway przenosi metaforę polowania na sztukę, jak malarstwo i właśnie literatura. Pisanie powinno trwać "póki żyjesz, istnieje ołówek i papier lub atrament czy jakakolwiek maszyna na której można pisać, czy cokolwiek, o czym warto pisać. Czujesz się jak głupiec, i jesteś głupcem, jeśli robisz to w inny sposób". Chyba Hemingway nie byłby wielkim fanem Nanowrimo...

The way to hunt is for as long as you live against as long as there is such and such an animal; just as the way to paint is as long as there is you and colors and canvas, and to write as long as you can live and there is pencil and paper or ink or any machine to do it with, or anything you care to write about, and you feel a fool, and you are a fool, to do it any other way.

W dalszej części rozdziału jest mini-wykład z historii literatury amerykańskiej, dla mnie to ciekawa forma powtórki ze studiów :) Pierwszy rozdział książki można przeczytać tutaj.

Tuesday, September 20, 2011

Po angielsku…

 

Pierwszą książką, jaką przeczytałam po angielsku, była Ania z Zielonego Wzgórza, a właściwie Anne of Green Gables, bo tak brzmi tytuł oryginału. Z Anią pierwszy raz zetknęłam się dzięki Mamie, która podsunęła mi tą książkę dużo wcześniej, zanim musiałam przeczytać ją jako lekturę. Z miejsca powieść stała się moją ulubioną książką, Ania przyjaciółką, a jej autorka – ukochaną pisarką. Miałam prawie wszystkie książki z cyklu o Ani, jednak moją najulubieńszą była oczywiście część pierwsza. Do dziś pamiętam, jak pewnego razu książce tej wygięła się paperbackowa okładka – strasznie to przeżywałam, dla małej dziewczynki była to prawdziwa katastrofa. Mama wymyśliła, żeby w miejscu, gdzie pojawiło się zagięcie, nakleić połyskliwą naklejkę… Tą książkę o Ani mam do dzisiaj (chociaż szczerze mówiąc nie wiem, gdzie w tej chwili znajduje się ten egzemplarz), tak jak i inne Lucy Maud Montgomery. Chętnie czytałam też inne książki tej autorki, nie tylko te dotyczące Ani. Moją ulubioną bohaterką obok Ani była Emilka. Oprócz tego razem z rodzicami oglądałam ekranizacje powieści Montgomery. Mieliśmy nawet swój rytuał związany z serialem Droga do Avolnea, który w moich latach dziecinnych nadawano w niedzielę. Mama owijała mnie wtedy kołdrą i sadzała na wielkim fotelu, i razem z całą rodziną oglądaliśmy program. Może właśnie wtedy, kiedy byłam otoczona anglojęzycznymi serialami, a moja ukochana pisarka pochodziła z kraju, gdzie używa się języka angielskiego, zapragnęłam się go nauczyć. Nie da się zaprzeczyć, że książki, jakie lubiłam w dzieciństwie, były dziełami twórców anglojęzycznych, i choć oczywiście jako dziecko nie umiałam czytać w tym języku, dobrze wiedziałam, po jakiemu napisany jest oryginał. Kiedy pokochałam serię o Ani z Zielonego Wzgórza, postanowiłam kiedyś przeczytać tą książkę po angielsku? Choć, co ciekawe, typowych baśni z anglojęzycznego kręgu językowego nie czytałam w dzieciństwie (stosunkowo niedawno dowiedziałam się o cyklu narnijskim, nie znam też np. Alicji w Krainie Czarów), język ten wydawał mi się kluczem do krainy marzeń i czarów. Kiedy zaczęłam się go uczyć, od razu mi się spodobał. Był jednym z moich ulubionych przedmiotów w szkole, i jedynym, którego mogłam się uczyć przy słuchaniu muzyki Uśmiech Czy wtedy narodziło się marzenie o studiowaniu anglistyki? Być może; odkąd pamiętam, było to moje największe pragnienie i nawet nie brałam pod uwagę nic innego. A co do Ani, to rzeczywiście stała się pierwszą książką, którą przeczytałam po angielsku – dostałam ją pod choinkę.

Po Ani nie czytałam już więcej książek angielskich twórców po polsku. Ania to też ostatnia książka, którą znałam po polsku, zanim sięgnęłam po angielski oryginał. Od tej pory po angielsku czytałam książki, z którymi wcześniej nie zetknęłam się w wersji polskiej. Uważam, że to dobra metoda zarówno obcowania z lekturą, jak i nauki obcego języka. Po pierwsze, życie jest zbyt krótkie, aby czytać po kilka razy tą samą książkę. Choć zachwycił mnie Władca Pierścieni Tolkiena, przeczytałam go tylko raz, w przeciwieństwie do osób, które co roku robią sobie rundkę czytania Władcy. I tak żaden człowiek nie jest w stanie w ciągu całego życia przeczytać wszystkich książek, nawet z jednego ulubionego gatunku, więc po co jeszcze ograniczać sobie ich liczbę, czytając jedną i tą samą książkę po kilka razy? W ten sposób stoimy w miejscu. A czytanie po angielsku książki, którą przeczytaliśmy po polsku, to też czytanie tego samego Puszczam oczko Co więcej, moim zdaniem nie jest to dobre rozwiązanie jako ćwiczenie języka. Kiedy czytamy po angielsku książkę wcześniej przeczytaną po polsku i natkniemy się na coś, czego nie rozumiemy, bazujemy na naszej znajomości wersji polskiej – a wobec tego, czytając taką książkę, wcale nie sprawdzamy swojej znajomości angielskiego w ten sposób. Jeśli, przeciwnie, czytamy coś, czego nie znamy, jedyną naszą możliwością jest zastosowanie w praktyce zdobytej wiedzy z angielskiego. Wtedy książka jest jak zagadka do rozwiązania, co wspaniale motywuje. Nie warto też czytać streszczenia książki przed rozpoczęciem lektury, zupełnie zniszczy nam to możliwość samodzielnego odkrywania świata przedstawionego i wydarzeń. Oczywiście od razu nie będziemy rozumieć wszystkiego, ale na pewno będziemy potrafili rozgryźć podstawowe elementy fabuły:np. pan Darcy oświadcza się pannie Bennet. Samodzielne zrozumienie obcojęzycznej fabuły daje ogromną satysfakcję, nie powinnyśmy sami jej sobie odbierać, czytając jakieś “bryki” do książki. Rodzajem “bryka” jest chyba też znana powieść w wersji readers, czyli dla uczących się języka. To właściwie coś w stylu streszczenia, bo dana powieść, np. przykładowa Duma i uprzedzenie jest “przetłumaczona” na prosty język, jaki zna uczący się na danym poziomie, czyli wyeliminowane są wszystkie trudniejsze słówka, formy gramatyczne itd. Wszystko to sprawia, że readers to nie jest już to samo, co “prawdziwa” książka – słowa w niej zawarte nie są tymi, które napisał autor. Nie łudźmy się więc, że sięgając po readersa, “czytamy w oryginale”, jak mówią reklamy takich wydawnictw. Co prawda, czytamy po angielsku, ale raczej streszczenie czy bryka, niż powieść czy opowiadanie. Tylko raz w życiu czytałam readersy – gdy przygotowywałam się do FCE i takie właśnie wersje były na liście lektur. Od tej pory już nie tykam tych książek.

Rozpisałam się nie na żarty.. Może tyle na dziś wystarczy. Muszę wykonać dzisiejszą normę czytelniczą, zwłaszcza że germanistyka już dybie na czytelnictwo. Jeszcze tylko niecałe dwa tygodnie wolności…

Monday, September 19, 2011

NaNo for the New and the Insane–Lazette Gifford

 

Nano for the New and the Insane Lazette Gifford jest, podobnie jak książka Holly Lisle, poradnikiem pisarskim.  Jednak specyficznym, bo adresowanym przede wszystkim do osób chcącym wziąć udział w happeningu Nanowrimo. Jak wiecie, mam taki zamiar, więc chętnie sięgnęłam po tego e-booka. Nie znam żadnych innych dzieł autorki, ale tak, jak Lisle, jest ona publikowaną pisarką. W Nano bierze udział co roku, a ponieważ pisanie idzie jej niezwykle szybko i sprawnie, w listopadzie często pisze więcej niż jedną książkę.

Poradnik różni się znacznie od tego autorstwa Holly Lisle. Przede wszystkim, różnice te wynikają z celu, jak postawiła sobie Gifford – podręcznik jest dedykowany uczestnikom Nanowrimo i wiele artykułów zawartych w książce zajmuje się specyfiką Nano. Szczególnie charakterystyczna dla tego konkursu jest konieczność napisania bardzo wielu słów w ciągu stosunkowo krótkiego okresu czasu. Abstrahując od treści książki, mnie osobiście wydaje się, że listopad jest niezbyt fortunnym wyborem jeśli chodzi o miesiąc pisania książek. Są wtedy zajęcia w szkołach, na uczelniach, co nie sprzyja zbyt poświęceniu się pisaniu. Ale autorka poradnika wielokrotnie powtarza, aby nie podchodzić do Nano śmiertelnie poważnie, lecz traktować to jako dobrą zabawę, uczestniczyć jedynie wtedy, gdy sprawia nam to radość. Wiele artykułów dotyczy właśnie prawidłowego psychicznego nastawienia do Nano. W tym wszystkim chodzi o to, aby odkryć w sobie lub ponownie odnaleźć radość pisania.

 

Choć książka nie jest napisana z takim poczuciem humoru jak ta autorstwa Lisle, wydaje mi się, że dla początkujących autorów jest ona bardziej przydatna. Artykuły dotyczące publikacji znajdują się, z jednym wyjątkiem, w poświęconym temu tematowi rozdziale na końcu książki, i nie stanowią one większości w  porównaniu do reszty tekstu. Najwięcej jest esejów dotyczących specyfiki Nanowrimo. Jednak największą zaletą książki są zawarte w niej praktyczne porady dotyczące samego pisania, czyli warsztatu pisarza. Szczególnie można by polecić artykuły dotyczące tworzenia outline – czyli jakby szkicu powieści.  Outline tworzymy jeszcze przed rozpoczęciem właściwego pisania – więc jest to zupełnie zgodne z zasadami Nano. Polega to na tym, że w punktach opisujemy wydarzenia, jakie chcemy zawrzeć w powieści, od samego początku aż do jej końca. Autorka radzi, aby napisać 30 punktów, które następnie podczas pisania rozwijamy tak, aby na każdy punkt przypadało około 2000 słów tekstu powieści. W ten sposób zaoszczędzimy sporo cennego podczas Nano czasu: nie będziemy się zastanawiać, co dalej pisać, bo wszystko będziemy mieć przygotowane w outline. Dokładniejsza wersja outline to phase outline: tutaj nie tylko opisujemy poszczególne wydarzenia, ale jakby etapy, sceny, które potem mają pojawić się w powieści. Notujemy fragmenty dialogów, opisów, akcji, uczucia bohaterów.. Jedna z phase outline, jakie napisała Gifford, miała aż 10000 słów Uśmiech Podczas pisania powieści jedynie rozbudowujemy napisany już wcześniej phase outline. Outline jest po prostu przewodnikiem, mapą, dzięki której nie zagubimy się, pisząc.

Ciekawe są również inne wskazówki dotyczące innych aspektów pisarstwa. Na przykład, aby ułatwić sobie tworzenie postaci, można dla każdego bohatera napisać “kwestionariusz osobowy”, zawierający informacje o jego wyglądzie, charakterze, przekonaniach i upodobaniach. Dzięki takiej ściądze nie nakażemy bohaterowi nagle zrobić coś sprzecznego z jego charakterem. Pożyteczne są też porady dotyczące rozpoczynania utworu; można zastosować cztery różne sposoby: where – czyli opisujemy otoczenie, scenerię w jakiej rozgrywa się akcja, who – bohatera i jego uczucia, what – akcja, wydarzenia i dialogue – wypowiedzi bohaterów. Musimy też zdecydować, czy w naszym utworze ważniejszą rolę ma odgrywać bohater, wydarzenia czy też sceneria. Pisząc na Nanowrimo, możemy wykorzystać wszystkie te cztery sposoby na rozpoczęcie powieści i podbić sobie liczbę słów Uśmiech Z książki dowiemy się również, co zrobić, jeśli jednak utkwimy w martwym punkcie. Pierwsza możliwość to zastanowić się, co dalej mógłby robić nasz bohater i rozpisać to na punkty – autorka proponuje cztery – które następnie rozwijamy. Jeśli to nie pomaga – wprowadzamy random event – zdarzenie losowe; autorka wymienia ich kilka, podzielonych na podgrupy. Rzucamy kostką i w ten sposób losujemy rodzaj wydarzenia, np. pogoda, następnie rzucamy ponownie, aby wybrać podgrupę, np. powódź. Potem staramy się w jakiś sposób wpasować wylosowane zdarzenie do naszej fabuły. Warto również zajrzeć do rozdziału dotyczącego dialogów, a w szczególności dialogue tags, czyli wyrażeniom, które umieszczamy, aby zidentyfikować nadawcę wypowiedzi. Gifford twierdzi, że mimo wszystko najlepszym rozwiązaniem jest używanie said (powiedział/a), słówko to nie przyciąga nadmiernie uwagi czytelnika, odciągając go od treści wypowiedzi, jest transparentne. 

Są też oczywiście porady dotyczące publikacji. Interesujące jest to, że jeśli myślimy o opublikowaniu swojej powieści z Nanowrimo, nie powinniśmy umieszczać jej na blogu, forum czy jakiejkolwiek publicznie dostępnej stronie. Wydawcy – przynajmniej w USA – uważają takie zachowanie za publikację utworu, i niechętnie przyjmują takie teksty. Może też zajść konieczność udowodnienia, że jest się autorem danego dzieła, co jest dosyć trudne, jeśli udostępniliśmy je w Internecie. Oczywiście jeśli piszemy tylko dla zabawy, możemy umieścić naszą powieść, gdzie tylko chcemy. Co do publikacji, Gifford odradza self-publishing, ostrzegając, że w serwisach tego typu jest mnóstwo książek i bardzo trudno będzie się nam wybić i zwrócić uwagę czytelnika. Autorka za najlepszą opcję uważa publikowanie w dużych domach wydawniczych, a dość sceptycznie odnosi się do publikacji w formie e-booków. Niektóre argumenty wydają mi się nietrafione, jak ten z dużą konkurencją na rynku self-publishingu. Przecież na tradycyjnym rynku książki też istnieje ryzyko, że nasza publikacja zaginie wśród propozycji innych autorów.

Na koniec książki autorka zachowała prawdziwy rarytas, pokazując się z niezwykłej strony. Do rozdziału Just for fun powinien zajrzeć każdy, nawet jeśli nie planuje niczego pisać. Dialog autora z postacią jest przezabawny, i warto ściągnąć książkę tylko dla tego tekstu Uśmiech

 

To chyba był najdłuższy wpis na blogu.. E-book, który tu recenzuję, jest darmowy, ale starałam się opisać dokładnie najważniejsze informacje w nim zawarte specjalnie dla czytelników, którzy nie znają angielskiego na tyle, aby zapoznać się z książką osobiście, a porady bardzo by im się przydały.

Opisywałam książkę zamieszczoną pod linkiem na samym początku wpisu. Na stronie Smashwords jest nowe wydanie tego e-booka, również darmowe, być może zawiera ono nowe informacje na temat self-publishingu czy e-booków. W przyszłości może napiszę recenzję tej edycji książki, a na razie wracam do papierowego czytelnictwa Uśmiech

Sunday, September 18, 2011

Niedzielny kącik poetycki

Często zastanawiam się, jaki wiersz wybrać i waham się pomiędzy kilkoma. Zazwyczaj te, którymi chciałabym się podzielić, nie mają polskich tłumaczeń i tak jest i w tym przypadku. Wiersz na bloga nie powinien też być zbyt długi. Tak że odpadają na przykład arturiańskie wiersze Tennysona. Pomyślałam, że być może jakimś rozwiązaniem wierszowych dylematów byłoby utworzenie cyklu o poezji elfickiej, czyli opisującej elfy oraz związane z nimi legendy. Wiersze tego typu nie są specjalnie szeroko zdane, a jako magister elfologii mogłabym się wykazać ;)

Ale przejdźmy do wiersza. "Hark, all you ladies" Thomasa Campiona odnosi się do wierzeń związanych z elfami. Królowa elfów jest nazwana przez poetą "Prozerpiną", co nawiązuje do tekstów z "Opowieści kanterberyjskich" Chaucera, a dokładnie z "The Merchant's Tale", gdzie król i królowa elfów są nazywani kolejno Pluto i Proserpine. Prozerpina z wiersza Campiona, który adresowany jest do młodych, zakochanych kobiet, zdaje się być patronką miłości, nakazuje dziewczętom odwzajemnianie uczuć, jakimi darzą ich mężczyźni. Inaczej grozi im kara - to, co spotka dziewczyny, jest znowu odbiciem typowych przesądów związanych z elfami. Elfy, obrażone lub zagniewane, zwykły boleśnie szczypać osobę, która się im naraziła. Z taką karą musiała się liczyć szczególnie leniwa gospodyni czy służąca. Tutaj szczypaniem zagrożone są także damy z wyższych sfer, ale one będą szczypane przez elfią elitę - służki samej królowej elfów :)

Zapraszam do wiersza, który z dystansem i nutką humoru podchodzi do elfów.

Hark, all you ladies

Hark, all you ladies that do sleep:
The fairy queen Proserpina
Bids you awake and pity them that weep.
You may do in the dark
What the day does forbid ;
Fear not the dogs that bark,
Night will have all hid.

But if you let your lovers moan,
The fairy queen Proserpina
Will send abroad her fairies every one,
That shall pinch black and blue
Your white hands and fair arms
That did not kindly rue
Your paramours harms.

In myrtle arbors on the downs,
The fairy queen Proserpina,
This night by moonshine leading merry rounds,
Holds a watch with sweet love,
Down the dale, up the hill;
No plaints or groans may move
Their holy vigil.

All you that will hold watch with love,
The fairy queen Proserpina
Will make you fairer than Diana’s dove
Roses red, lilies white,
And the clear damask hue,
Shall on your cheeks alight
Love will adorn you.

All you that love, or loved before,
The fairy queen Proserpina
Bids you increase that loving humor more:
They that yet have not fed
On delight amorous,
She vows that they shall lead
Apes in Avernus.

Saturday, September 17, 2011

Gitarą i piórem

Muzyka nie jest tak ważna dla mnie jak literatura. Choć, jak chyba każdy człowiek, lubię słuchać piosenek, potrafię sobie wyobrazić życie bez muzyki i często, zwłaszcza wtedy, gdy jestem bardzo zajęta, cały tydzień mija bez słuchania melodii. Choć byłabym w stanie zapłacić sporo za książkę, np. tolkienowską krtykę literacką sprowadzaną z zagranicy, raczej nie rozważałabym kupowania płyt z muzyką za 70 zł i więcej. Słuchanie ulubionej Listy Przebojów Trójki raz w tygodniu w większości zaspokaja moje potrzeby muzyczne. Jednak, jak już wspomniałam we wpisach poświęconych inspiracjom literackim w muzyce, szczególnie bliska jest mi muzyka czerpiąca z literatury. A jaki gatunek robi to bardziej bezpośrednio, niż poezja śpiewana, w której niektóre piosenki to wiersze, do których napisano muzykę. Wiele tekstów jest zaczerpnięta od "tradycyjnych" poetów, nawet sprzed wielu lat czy wieków, którzy nie wiedzieli, że kiedyś powstanie coś takiego, jak poezja śpiewana. Inne teksty piszą poeci współcześni, czy też zajmujący się zawodowo tworzeniem lyrics tekściarze. Również sami piosenkarze nierzadko piszą teksty do swoich utworów, a nawet również i muzykę. Dlatego też nazywa się ich śpiewającymi poetami lub autorami. Ciekawe jest to, że poezja śpiewana to typowo polski fenomen, nie ma ona odpowiednika w krajach anglojęzycznych. Najbliższe poezji śpiewanej jest chyba określenie singer-songwriter, jednak twórcy tego gatunku rzadziej sięgają po klasyczne teksty poezji, raczej sami są autorami własnych liryków. Poezja śpiewana jest jakimś nawiązaniem do początków liryki w ogóle, bo przecież w czasach starożytnych wiersze recytowane były właśnie przy akompaniamencie muzyki. Muzyka w poezji śpiewanej jest szczególna - nigdy nie wysuwa się na pierwszy plan, ma towarzyszyć tekstowi lub pogłębiać jego znaczenie.

Poezja śpiewana jest gatunkiem dość niszowym. Słuchanie jej wymaga emocjonalnego i intelektualnego zaangażowania, to nie są pioseneczki, które mogą służyć za tło do sprzątania czy jazdy samochodem. To muzyka, którą się głęboko przeżywa, choć dla innych może to być głupie rzępolenie czy przynudzanie.

Miłośnicy poezji śpiewanej mają swoje zloty, mają też audycje radiowe poświęcone swojemu ulubionemu gatunkowi. Chętnie słucham programów dotyczących poezji śpiewanej, szkoda tylko, że większość z nich jest niestety emitowana dosyć późnym wieczorem. Pewnie wiąże się to z faktem, że poezja śpiewana nie cieszy się zbyt wielką popularnością i dlatego można ją spychać na późniejsze pory. Jedną z audycji radiowych o poezji śpiewanej, którą słucham regularnie, jest Gitarą i piórem w Trójce. Podczas wczorajszej Listy dowiedziałam się, że program ten obchodzi właśnie 25-lecie swojego istnienia. Ja niestety znam tą audycję dużo krócej, co wiąże się z faktem, że dopiero niedawno zaczęłam słuchać samej Trójki. Pierwszy raz Listy posłuchałam w 2006 roku, ale to, co usłyszałam, zaciekawiło mnie na tyle, że zaczęłam słuchać Trójki regularnie. Jednak na początku mojej przygody z Trójką ograniczałam się do samej Listy. Wydaje mi się, że Gitarą i piórem odkryłam przypadkowo, nie sięgałam bowiem do ramówki stacji. Po prostu pewnego wieczoru włączyłam radio właśnie o tej porze, aby się zrelaksować, wcale nie wiedziałam, że akurat "leci" Gitarą i piórem. To, co usłyszałam, zachwyciło mnie i odtąd co tydzień włączałam radio na tą audycję. Zawsze czekałam na nią niecierpliwie, a wieczorne chwile przy radiu były jak święto. Piosenki z programu inspirowały mnie też do pisania własnych wierszy. Najulubieńsze utwory nagrywałam na kasety, potem kasety przestały być dostępne w sprzedaży i przerzuciłam się na komputer. Teraz zawsze, jeśli nie mogę słuchać audycji,a często się tak zdarza w roku akademickim, nagrywam ją na komputerze. Mam nadzieję, że Gitarą i piórem będzie jeszcze długo istniała i kiedyś będziemy obchodzić jej setne urodziny :) Gdyby zlikwidowano tą audycję, z pewnością bardzo by mi jej brakowało.

Oprócz niezwykłego nastroju wieczorem, kiedy jest nadawana, audycja wniosła wiele do mojego życia. Ponieważ jest emitowana w środku tygodnia, stanowi poetycki przerywnik w ciągu zabieganego tygodnia, wnosi odrobinę piękna, o którym łatwo zapomnieć w nawale zajęć. Choć Gitarą i piórem nie było moim pierwszym kontaktem z poezją śpiewaną, dzięki programowi poznałam nowych, interesujących wykonawców tej muzyki. Do głowy przychodzą mi zwłaszcza Grzegorz Bukała i Grzegorz Tomczak, o których wcześniej nigdy nie słyszałam. I choć w internecie powstają stacje tematyczne, gdzie można posłuchać poezji śpiewanej, jak np. RMF Piosenka Literacka w Mieście Muzyki, czy Poezja Śpiewana na stronie Polskiej Stacji, zawsze chętnie wracam do trójkowej Gitarą i piórem.

Sto lat dla Gitarą i piórem! Niech poezja śpiewana nigdy nie zniknie z radiowych anten :)